<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>Kampania Solidarności z Palestyną &#187; Liban</title>
	<atom:link href="http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/tag/liban/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.kampania-palestyna.pl</link>
	<description>Polsko-Palestyńska inicjatywa pokojowa</description>
	<lastBuildDate>Sat, 04 Feb 2012 18:22:21 +0000</lastBuildDate>
	<generator>http://wordpress.org/?v=2.9.1</generator>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
			<item>
		<title>Cztery godziny w Szatili</title>
		<link>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/cztery-godziny-w-szatili/</link>
		<comments>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/cztery-godziny-w-szatili/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 21:12:36 +0000</pubDate>
		<dc:creator>aneta</dc:creator>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Liban]]></category>
		<category><![CDATA[Okupacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kampania-palestyna.pl/?p=758</guid>
		<description><![CDATA[&#8220;W Szatili, w Sabrze pewni nieżydzi zmasakrowali pewnych nieżydów; co to nas obchodzi?&#8221;
Menahem Begin (w Knesecie)
Nikt ani nic, żadna technika narracji nie wyrazi tego, czym było owe sześć miesięcy, a przede wszystkim pierwsze tygodnie, które fedaini1 spędzili w górach koło Dżerasz i Adżlun w Jordanii2. Inni zdali sprawę z wydarzeń i sporządzili chronologię oraz bilanse [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><em>&#8220;W Szatili, w Sabrze pewni nieżydzi zmasakrowali pewnych nieżydów; co to nas obchodzi?&#8221;</em><br />
<strong>Menahem Begin (w Knesecie)</strong></p>
<p>Nikt ani nic, żadna technika narracji nie wyrazi tego, czym było owe sześć miesięcy, a przede wszystkim pierwsze tygodnie, które fedaini1 spędzili w górach koło Dżerasz i Adżlun w Jordanii2. Inni zdali sprawę z wydarzeń i sporządzili chronologię oraz bilanse osiągnięć i błędów Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP). Można opisać atmosferę i koloryt nieba, ziemi i drzew, lecz nigdy nie uda się przekazać uczucia lekkiego upojenia, przechadzki nad podmuchem kurzu, błysku oczu, przejrzystości stosunków nie tylko między samymi fedainami, ale również między nimi a dowódcami. Pod drzewami wszystko i wszyscy drżeli, śmiali się oczarowani tym tak nowym dla wszystkich życiem i w tych drżeniach było coś dziwnie nieruchomego, przyczajonego, powściągliwego, chronionego jak wtedy, gdy ktoś modli się nic nie mówiąc. Wszystko należało do wszystkich. W samym sobie każdy był sam. A może i nie. W sumie &#8211; uśmiechnięci i spłoszeni. Region Jordanii, do którego wycofali się mocą pewnego wyboru politycznego, rozciągał się od granicy syryjskiej w głąb do As-Salt, a jego granicę wytyczały Jordan i autostrada z Dżerasz do Irbidu. Około sześćdziesięciu kilometrów wzdłuż i dwudziestu wszerz w bardzo górskim terenie pokrytym dębami zimozielonymi, wioskami jordańskimi i bardzo lichymi uprawami. Pod drzewami i pod zamaskowanymi namiotami rozłożyły się jednostki fedainów uzbrojonych w broń lekką i półciężką. Gdy już rozmieszczono artylerię, która przede wszystkim miała służyć odparciu ewentualnych operacji armii jordańskiej, młodzi żołnierze zajmowali się konserwacją broni, rozkładali ją i czyścili, smarowali i czym prędzej ponownie składali. Niektórym udawało się rozłożyć i złożyć broń z zawiązanymi oczami &#8211; było to ćwiczenie przygotowujące ich do takich czynności w nocy. Między każdym żołnierzem a jego bronią zrodził się stosunek miłosny i magiczny. Ponieważ fedaini dopiero co przestali być wyrostkami, karabin jako broń był oznaką triumfującej męskości i dawał pewność bycia. Znikała agresywność &#8211; uśmiech szczerzył zęby.<br />
Przez pozostały czas fedaini popijali herbatę, krytykowali dowódców oraz palestyńskich i innych bogaczy, miotali wyzwiska pod adresem Izraela, ale przede wszystkim rozmawiali o rewolucji &#8211; tej, którą robili, i tej, którą dopiero mieli zrobić.</p>
<p>Mnie słowo &#8220;Palestyńczycy&#8221; &#8211; bez względu na to, czy figuruje ono w tytule, czy w artykule, czy na ulotce &#8211; przywodzi natychmiast na myśl fedainów w konkretnym miejscu &#8211; w Jordanii &#8211; i w czasie, który łatwo zadatować: październik, listopad, grudzień 1970, styczeń, luty, marzec, kwiecień 1971 r. To wówczas i tam właśnie poznałem rewolucję palestyńską. Niezwykła widoczność tego, co się działo, siła owego szczęścia, jakie daje poczucie, że się jest, zwie się również pięknem.</p>
<p>Minęło dziesięć lat i nic nie wiedziałem o fedainach &#8211; poza tym, że są w Libanie. Prasa europejska pisała o Palestyńczykach z dezynwolturą &#8211; nawet pogardą. I nagle &#8211; Bejrut Zachodni3.</p>
<p>* * *<br />
Dwuwymiarowe zdjęcie, również ekran telewizora; ani jednego, ani drugiego nie można objąć wzrokiem. Wszystkie &#8211; skulone lub wyciągnięte od ściany do ściany, oparte o jedną stopami, a o drugą głową, czarne i obrzękłe &#8211; zwłoki, nad którymi musiałem skakać, były palestyńskie i libańskie. Dla mnie, podobnie jak dla resztek ludności, które pozostały przy życiu, krążenie po Szatili i Sabrze przypominało zabawę polegającą na skakaniu przez kogoś. Czasami martwe dziecko może zablokować ulicę &#8211; są tak wąskie, tak ciasne, a trupów mnóstwo. Dla starców ich zapach jest niewątpliwie znajomy; mnie nie dokuczał. Co innego muchy. Przeszkadzałem im podnosząc chustkę lub arabską gazetę przykrywającą głowę. Rozgniewane moim gestem, chmarą obsiadały wierzch dłoni i próbowały się nim pożywić. Pierwsze zwłoki, jakie ujrzałem, należały do pięćdziesięcio- lub sześćdziesięcioletniego mężczyzny. Miałby na głowie wieniec siwych włosów, gdyby nie otwarta (chyba siekierą) czaszka. Sczerniała część mózgu leżała na ziemi, obok głowy. Całe ciało spoczywało w kałuży czarnej i zakrzepłej krwi. Pasek od spodni był rozpięty, podtrzymywał je tylko jeden guzik. Stopy i nogi trupa były gołe, czarne, fioletowe i malwowe &#8211; może zaskoczono go w nocy lub o świcie? Może uciekał? Leżał w uliczce, na prawo zaraz za znajdującym się naprzeciwko ambasady Kuwejtu wejściem do obozu Szatila. Jeśli &#8211; jak twierdzą Izraelczycy &#8211; ich żołnierze i oficerowie nic nie słyszeli, niczego nie podejrzewali, choć od środy po południu zajmowali ten budynek, czyżby znaczyło to, że masakra w Szatili przebiegła pośród szeptów lub zgoła w całkowitej ciszy?</p>
<p>Nie sposób uchwycić na zdjęciu much ani białego i gęstego zapachu śmierci. Nic nie mówi ono również o skokach, które trzeba wykonywać, gdy przechodzi się od jednych zwłok do drugich.<br />
Gdy przyglądamy się uważnie trupowi, dzieje się coś dziwnego: nieobecność życia w ciele równa się całkowitej nieobecności ciała, a raczej jego nieustającemu oddalaniu się. Nawet gdy się do niego podchodzi, wydaje się, że nigdy się go nie dotknie. Tak jest, gdy się go kontempluje. Lecz gdy uczyni się pod jego adresem jakiś gest, gdy człowiek pochyli się nad nim, poruszy jego ramieniem, palcem &#8211; ni stąd, ni zowąd staje się bardzo obecne i niemal przyjazne.<br />
Miłość i śmierć. Te dwa terminy bardzo szybko się kojarzą, gdy pisze się o jednym z nich. Trzeba mi było pójść do Szatili, aby dostrzec nieprzyzwoitość miłości i nieprzyzwoitość śmierci. W obu przypadkach ciała nie mają nic do ukrycia &#8211; pozy, konwulsje, gesty, znaki, nawet milczenia należą do jednego i do drugiego świata. Ciało trzydziesto- czy trzydziestopięcioletniego mężczyzny leżało na brzuchu. Tak, jakby całe to ciało było tylko pęcherzem o ludzkim kształcie &#8211; do tego stopnia opuchło ono na słońcu i pod wpływem chemicznych procesów rozkładu, że rozdęło nawet spodnie, które groziły pęknięciem na pośladkach i udach. Jedyna część jego twarzy, jaką mogłem obejrzeć, była fioletowo-czarna. Tuż nad kolanem, pod rozdartą tkaniną, na podwiniętym udzie widać było szramę. Pochodzenie szramy: bagnet, nóż, sztylet? Muchy na szramie i wokół. Głowa większa od arbuza &#8211; czarnego arbuza. Zapytałem, jak się nazywał; to był muzułmanin.<br />
- Kto to taki?<br />
- Palestyńczyk &#8211; odpowiedział mi po francusku około czterdziestoletni mężczyzna. &#8211; Proszę spojrzeć, co zrobili.<br />
Ściągnął kapę, która przykrywała stopy i częściowo nogi. Łydki były gołe, czarne i opuchnięte. Na nogach miał czarne, nie zawiązane trzewiki, a kostki miał związane, i to mocno, solidnym &#8211; ta solidność była widoczna &#8211; około trzymetrowym powrozem, który tak układałem, aby pani S. (Amerykanka) mogła dokładnie go sfotografować. Zapytałem czterdziestolatka, czy mogę zobaczyć twarz.<br />
- Jeśli pan sobie życzy, ale niech pan zrobi to sam.<br />
- Czy pomoże mi pan odwrócić głowę?<br />
- Nie.<br />
- Czy ciągnięto go tym powrozem po ulicach?<br />
- Nie wiem, proszę pana.<br />
- Kto go związał?<br />
- Nie wiem, proszę pana.<br />
- Ludzie komendanta Haddada4?<br />
- Nie wiem.<br />
- Izraelczycy?<br />
- Nie wiem.<br />
- Kataibowie5?<br />
- Nie wiem.<br />
- Czy pan go znał?<br />
- Tak.<br />
- Czy pan widziałeś, jak umierał?<br />
- Tak.<br />
- Kto go zabił?<br />
- Nie wiem.</p>
<p>Szybko oddalił się od trupa i ode mnie. Obejrzał się z daleka i zniknął w poprzecznej uliczce.<br />
Którą uliczką pójść teraz? Ciągnęli mnie to tu, to tam pięćdziesięcioletni mężczyźni, dwudziestolatkowie, dwie starsze kobiety arabskie i odnosiłem wrażenie, że jestem w środku róży wiatrów, w której promieniach są setki zabitych.<br />
Odnotowuję to teraz, dobrze nie wiedząc, dlaczego akurat w tym punkcie narracji: &#8220;Francuzi mają zwyczaj używać niesmacznego wyrażenia «brudna robota» &#8211; no więc tak, jak armia izraelska zleciła «brudną robotę» kataibom lub haddadystom, izraelska Partia Pracy zrzuciła «brudną robotę» na Likud, Begina, Szarona, Szamira.&#8221; Zacytowałem słowa R., dziennikarza palestyńskiego, który w niedzielę 19 września przebywał jeszcze w Bejrucie.<br />
W środku, obok nich, tych wszystkich storturowanych ofiar, mój umysł nie potrafi uwolnić się od &#8220;niewidzialnej wizji&#8221;: jak wyglądał oprawca? Kim był? Widzę go i nie widzę. Rzuca mi się w oczy i jego forma zawsze będzie taka, jaką rysują groteskowe pozy, pozycje, gesty trupów pożeranych na słońcu przez chmary much.<br />
Czyż w związku z tym, że żołnierze amerykańskiej piechoty morskiej, spadochroniarze francuscy i bersalierzy włoscy, którzy stanowili w Libanie siłę rozdzielającą walczące strony, tak szybko wyjechali &#8211; dzień czy trzydzieści sześć godzin przed oficjalnym terminem (Włosi przypłynęli statkiem z dwudniowym opóźnieniem, ale uciekli samolotami Herkules!), jakby wiedzieli, i to w przeddzień zabójstwa Baszira Dżumajjila, Palestyńczycy niesłusznie zadają sobie pytanie, czy Amerykanie, Francuzi i Włosi nie zostali ostrzeżeni, że trzeba brać nogi za pas, aby nie sprawić wrażenia, że są zamieszani w rozłam w rodzinie kataibów?</p>
<p>Rzecz w tym, że wyjechali bardzo szybko i bardzo wcześnie. Izrael chełpi się i chwali swoją skutecznością w bojach, przygotowaniem do nich, zręcznością, z jaką wykorzystuje okoliczności, z jaką je stwarza. Popatrzmy: oto OWP opuszcza w chwale Bejrut na statku greckim, pod eskortą okrętów wojennych. Baszir, kryjąc się z tym jak tylko potrafi, odwiedza Begina w Izraelu. W poniedziałek ustaje interwencja trzech armii (amerykańskiej, francuskiej i włoskiej). We wtorek Baszir zostaje zamordowany. W środę rano Cahal wkracza do Bejrutu Zachodniego. Tego samego ranka, w którym odbywa się pogrzeb Baszira, żołnierze izraelscy, jakby szli od strony portu, maszerują na Bejrut. Z ósmego piętra domu, w którym mieszkam, widziałem przez lornetkę, jak nadchodzą gęsiego &#8211; szli w jednym tylko szeregu. Dziwiłem się, że nic innego się nie dzieje, bo ich wszystkich można było załatwić z jednego dobrego karabinu z celownikiem optycznym. Poprzedzało ich okrucieństwo.<br />
Za nimi czołgi. Następnie jeepy.</p>
<p>Zmęczeni tak długim marszem porannym, zatrzymali się koło ambasady francuskiej, pozwalając wyprzedzić się czołgom, które, jak gdyby nigdy nic, wjechały na Hamrę6. Żołnierze &#8211; jeden od drugiego w odległości dziesięciu metrów &#8211; usiedli na chodniku z karabinami wymierzonymi przed siebie, opierając się plecami o mur ambasady. Ze swoimi wielkimi torsami wyglądali jak węże boa z dwoma rozprostowanymi przed sobą nogami.<br />
&#8220;Izrael zobowiązał się wobec amerykańskiego przedstawiciela Habiba, że jego noga nie postanie w Bejrucie Zachodnim, a przede wszystkim &#8211; że uszanuje ludność cywilną w obozach palestyńskich. Arafat ma jeszcze list, w którym Reagan przyrzekł mu to samo. Podobno Habib obiecał Arafatowi, że Izrael zwolni dziewięć tysięcy więźniów. W czwartek zaczynają się masakry w Szatili i Sabrze. «Krwawa łaźnia», której Izrael chciał rzekomo uniknąć zaprowadzając w obozach porządek!&#8230;&#8221; &#8211; mówi mi pisarz libański.</p>
<p>&#8220;Izraelowi będzie bardzo łatwo odeprzeć wszelkie oskarżenia. We wszystkich gazetach europejskich dziennikarze zajmują się już jego uniewinnieniem &#8211; ani jeden nie powie, że w nocy z czwartku na piątek i z piątku na sobotę w Szatili mówiono po hebrajsku.&#8221; Powiedział mi to inny Libańczyk.</p>
<p>Kobieta palestyńska &#8211; ponieważ nie mogłem wyjść z Szatili nie przechodząc między trupami i ta gra w gąskę miała nieuchronnie doprowadzić do takiego oto cudu: w toku bitwy między firmami deweloperskimi Szatilę i Sabrę zrównuje się z ziemią po to, aby można było budować się na tym bardzo płaskim cmentarzu &#8211; a więc kobieta palestyńska była prawdopodobnie stara, bo miała siwe włosy. Leżała na plecach; położono ją czy pozostawiono na łamanych kamieniach, cegłach, pogiętych łomach &#8211; niewygodnie. Przede wszystkim zaskoczyła mnie dziwna plecionka sznura i tkaniny, prowadząca od nadgarstka do nadgarstka &#8211; to ona sprawiała, że oba ramiona były poziomo rozpostarte, jakby ukrzyżowane. Twarz, czarna i spuchnięta, zwrócona ku niebu, pokazywała otwarte, czarne od much usta z zębami, które wydały mi się bardzo białe, twarz, która &#8211; choć nie drgnął ani jeden mięsień &#8211; sprawiała wrażenie, że czy to stroi miny, czy uśmiecha się, czy też wyje bezgłośnym i nieprzerwanym wyciem. Miała na sobie czarne wełniane pończochy; spod lekko podkasanej czy za krótkiej &#8211; nie wiem &#8211; sukienki w różowe i szare kwiaty wystawały górne części czarnych i spuchniętych łydek, ciągle o tym samym delikatnym odcieniu malwy, z którym współgrała podobna, fiołkowo-różowa barwa policzków. Czy były to krwawe wybroczyny, czy naturalny skutek gnicia na słońcu?<br />
- Czy bito ją kolbami?<br />
- Proszę, proszę, niech pan spojrzy na jej ręce.<br />
Nie zauważyłem. Palce obu rąk były ułożone w wachlarz; wszystkie dziesięć palców obcięto tak, jakby użyto do tego nożyc ogrodnika. Żołnierze, śmiejąc się jak dzieci i radośnie śpiewając, zapewne mieli niezłą zabawę, gdy odkryli te nożyce i zrobili z nich użytek.<br />
- Niech pan spojrzy.<br />
W piasku leżały końce palców, paliczki dalsze z paznokciami. Młody człowiek, który w sposób naturalny, bez żadnej emfazy, pokazywał mi katusze, jakie przeżyli zabici, spokojnie przykrył twarz i ręce kobiety palestyńskiej tkaniną, a nogi &#8211; chropowatą tekturą. Nie odróżniałem już niczego poza kupą różowo-szarej tkaniny, nad którą latały muchy.<br />
Trzech młodych ludzi zaprowadziło mnie w jakąś uliczkę.<br />
- Niech pan wejdzie, my poczekamy na zewnątrz.<br />
Pierwszy pokój to było wszystko, co pozostało z piętrowego domu. Bardzo spokojny, nawet przytulny pokój; resztki, pozostałość mchu w zniszczonym kawałku muru, to, co w pierwszej chwili wziąłem za trzy fotele, faktycznie trzy siedzenia samochodowe (może z porzuconego mercedesa), kanapa z poduszkami obleczonymi w poszewki w jaskrawo kolorowe kwiaty i stylizowane rysunki, małe milczące radio, dwa zgasłe kandelabry &#8211; wszystko to świadczyło, że próbowano tu szczęścia, a może nawet je osiągnięto. Dość spokojny pokój, choć wyściełany kobiercem z łusek od naboi&#8230; Trzaskały jakieś drzwi &#8211; jakby był przeciąg. Poszedłem po łuskach i pchnąłem te drzwi, które prowadziły do innego pokoju, ale musiałem je sforsować: przejście tarasował obcas buta &#8211; buta trupa leżącego na plecach, obok trupów dwóch innych mężczyzn leżących na brzuchu; wszystkie te trupy spoczywały na następnym kobiercu z miedzianych łusek. Kilkakrotnie mało brakowało, a bym się na nich przewrócił.<br />
W głębi tego pokoju otworem stały inne drzwi &#8211; bez zamka, bez zasuwki. Przeskakiwałem umarłych tak, jakby były to otchłanie. W tym pokoju na jednym łóżku leżały na kupie cztery trupy mężczyzn &#8211; tak, jakby każdy starał się chronić tego, który leżał pod nim, lub jakby były ogarnięte rozkładową rują. Ta kupa osłaniających się wzajemnie ciał mocno pachniała, ale to nie był smród. Zapachy i muchy &#8211; tak mi się wydawało &#8211; przywykły do mnie. Już w niczym nie przeszkadzałem tym ruinom i tej ciszy.<br />
- W nocy z czwartku na piątek, z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę nikt przy nich nie czuwał &#8211; pomyślałem.<br />
A przecież odnosiłem wrażenie, że ktoś był tu przede mną, koło tych umarłych i po ich śmierci. Trzej młodzieńcy czekali na mnie dość daleko od tego domu, zasłaniając nosy chustkami.<br />
To wtedy, gdy wychodziłem z domu, miałem atak nagłego i lekkiego szaleństwa; mało brakowało, abym się uśmiechnął. Pomyślałem sobie, że żadną miarą nie starczy ani desek, ani stolarzy do zrobienia trumien. A potem refleksja &#8211; po co trumny? Wszyscy umarli płci obojga byli przecież muzułmanami, a tych zaszywa się w całuny. Ile trzeba będzie metrów tkaniny, aby tylu umarłych zawinąć w całuny? Ile modlitw trzeba będzie odmówić? Zdałem sobie sprawę, że w tym miejscu brak jednego &#8211; psalmodii modlitewnej.<br />
- Chodź pan, ale szybko.<br />
Czas napisać, że to nagłe i bardzo przelotne szaleństwo, które kazało mi liczyć metry białej tkaniny, nadało mojemu chodowi niemal radosnej żwawości i że być może było spowodowane refleksją, jaką w przeddzień usłyszałem z ust znajomej Palestynki.<br />
- Czekałam na klucze (jakie klucze? do samochodu, do domu? wiem tylko, że chodziło o klucze), gdy obok przebiegł jakiś stary człowiek. &#8211; Dokąd idziesz? &#8211; Po pomoc. Jestem grabarzem. Zbombardowali cmentarz. Wszystkie kości zmarłych leżą na wierzchu. Trzeba mi pomóc w zbieraniu kości.<br />
Ta znajoma to chyba chrześcijanka. Powiedziała mi też:<br />
- Gdy bomba próżniowa &#8211; zwana implozyjną &#8211; zabiła dwieście pięćdziesiąt osób, mieliśmy tylko jedną skrzynkę. Na cmentarzu kościoła prawosławnego mężczyźni wykopali zbiorową mogiłę. Wypełnialiśmy skrzynię i tam ją opróżnialiśmy. Chodziliśmy tam i z powrotem pod bombami, wynosząc członki i ciała &#8211; tak, jak mogliśmy.<br />
Od trzech miesięcy ręce spełniały dwojaką funkcję &#8211; w dzień brało się nimi i dotykało, a w nocy patrzyło. Gasło światło, co zmuszało do poddania się edukacji ślepców; podobnie jak do wspinaczki dwa lub trzy razy dziennie na ośmiopiętrową falezę z białego marmuru. Trzeba było napełniać wodą wszystkie znajdujące się w domu pojemniki. Telefon był odcięty, gdy do Bejrutu Zachodniego wkroczyli żołnierze izraelscy, a wraz z nimi napisy po hebrajsku. Odcięte były również autostrady wokół Bejrutu. Izraelskie czołgi Merkawa wskazywały swoją nieustanną ruchliwością, że pilnują całego miasta, lecz zarazem można było się domyślić, jak bardzo ich załogi przeraża myśl, że czołgi mogą stać się nieruchomymi celami. Na pewno obawiały się aktywności murabitun7 i fedainów, którzy mogli pozostać w sektorach Bejrutu Zachodniego.</p>
<p>Nazajutrz po wkroczeniu armii izraelskiej staliśmy się więźniami, ale odniosłem wrażenie, że najeźdźcami bardziej pogardzano niż się ich bano, że bardziej wzbudzają odrazę niż lęk. Żaden żołnierz nie śmiał się ani nie uśmiechał. Nie był to czas, w którym rzuca się ryż i kwiaty.<br />
Odkąd odcięto autostrady i zamilkły telefony, pozbawiony łączności z resztą świata, po raz pierwszy w życiu poczułem, że staję się Palestyńczykiem i nienawidzę Izraela.<br />
W miasteczku sportowym, obok autostrady Bejrut-Damaszek, na stadionie niemal zupełnie zniszczonym w wyniku nalotów bombowych, Libańczycy oddają oficerom izraelskim stosy broni &#8211; jak się zdaje, cała jest rozmyślnie uszkodzona.</p>
<p>W mieszkaniu, które zajmuję, każdy ma swój radioodbiornik. Słuchamy Radia Kataib, Radia Murabitun, Radia Amman, Radia Jerozolima (po francusku), Radia Liban. Niewątpliwie w każdym mieszkaniu robi się to samo.<br />
&#8220;Jesteśmy złączeni z Izraelem licznymi prądami, które przynoszą nam bomby, czołgi, żołnierzy, owoce, warzywa, a zabierają do Palestyny naszych żołnierzy, nasze dzieci&#8230; w nieustannym ruchu wahadłowym, który nie ma już końca, ponieważ, jak mówią, jesteśmy złączeni z nimi od czasów Abrahama w jego potomstwie, języku, tym samym pochodzeniu&#8230;&#8221; (fedain palestyński). &#8220;Krótko mówiąc &#8211; dodaje &#8211; najeżdżają nas, tuczą, duszą i chcieliby nas pocałować. Mówią, że są naszymi kuzynami. Smutno im się robi, gdy widzą, jak się od nich odwracamy. Muszą być wściekli na nas i na samych siebie.&#8221;</p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p>Afirmacja właściwego rewolucjonistom piękna stwarza wiele trudności. Wiemy &#8211; załóżmy &#8211; że dzieciarnię i młodzież żyjącą w prastarych i surowych środowiskach cechuje dość bliskie fedainom piękno oblicza, ciała, ruchów, spojrzeń. Być może wytłumaczenie tego zjawiska jest następujące: gdy przełamuje się stary ład, przez martwe skóry przebija się nowa wolność i ojcom i dziadom z trudem przychodzi gaszenie błysku w oczach, napięcia w skroniach, radości krwi płynącej w żyłach.</p>
<p>Wiosną 1971 r. w bazach palestyńskich piękno było subtelnie rozproszone w lesie ożywianym wolnością fedainów. W obozach uchodźców to piękno było jeszcze inne, nieco bardziej przytłumione; zaprowadzało je panowanie kobiet i dzieci. Z baz bojowych padało na obozy swojego rodzaju światło i jeśli chodzi o kobiety, to ich blask wymagałby długiej i skomplikowanej debaty. Kobiety palestyńskie, jeszcze bardziej niż mężczyźni, bardziej niż fedaini w boju, wydawały się dość silne, aby wspierać opór i akceptować nowości rewolucji. One okazały już nieposłuszeństwo obyczajom &#8211; spojrzenie prosto w oczy, wytrzymujące spojrzenie mężczyzn, odmowa noszenia woalki, widoczne, czasami zupełnie gołe włosy, głos nie znający załamań. Najkrótszy i najbardziej prozaiczny z ich zabiegów był fragmentem marszu bardzo pewnym krokiem ku nowemu, a więc nie znanemu im ładowi, w którym przeczuwały one jednak wyzwolenie, które dla nich będzie kąpielą, a dla mężczyzn źródłem świetlanej dumy. Były gotowe stać się jednocześnie żonami i matkami bohaterów &#8211; tak, jak były już żonami i matkami swoich mężczyzn.<br />
Być może w lasach Adżlun fedaini marzyli o dziewczynach; wydaje się raczej, że każdy z nich narysował na sobie &#8211; lub uformował gestami &#8211; przytuloną do siebie dziewczynę; stąd &#8211; wraz z wybuchami radosnego śmiechu &#8211; wdzięk i siła fedainów pod bronią. Nie tylko staliśmy na skraju epoki przedrewolucyjnej, ale również znajdowaliśmy się w stanie niejasnej zmysłowości. Szron usztywniający każdy gest dodawał mu słodyczy.<br />
Ciągle &#8211; codziennie, przez cały miesiąc, a działo się to nadal koło Adżlun &#8211; widywałem szczupłą, acz silną kobietę, kucającą w chłodzie &#8211; ale kucającą jak Indianie w Andach, niektórzy Afrykanie, Nieczyści w Tokio czy Cyganie na rynku, w pozycji świadczącej o gotowości do natychmiastowego poderwania się w razie niebezpieczeństwa &#8211; pod drzewami, przed wartownią, murowanym, bardzo szybko zbudowanym domku. Czekała bosa, w czarnej sukience obszytej na zakładkach i mankietach lamówką. Wyraz jej twarzy był surowy, ale nie gniewny; świadczył o zmęczeniu, ale nie o znużeniu. Dowódca posterunku przygotowywał prawie pusty pokój i dawał jej znak. Wchodziła do środka. Zamykała drzwi, ale nie na klucz. Potem wychodziła bez słowa, bez uśmiechu i na dwóch bosych nogach, wyprostowana jak struna, wracała do Dżerasz i do obozu Bak&#8217;a8. Dowiedziałem się, że w zarezerwowanym dla niej pokoju na wartowni zdejmowała z siebie dwie czarne spódnice, wyciągała wszystkie listy i koperty, które miała w nich zaszyte, robiła paczkę i lekko pukała do drzwi. Oddawała listy dowódcy, wychodziła i odchodziła nie mówiąc ani słowa. Wracała następnego dnia.<br />
W Dżebel Husajn (Amman) inne, starsze od niej kobiety, śmiały się mówiąc, że za ognisko domowe mają trzy sczerniałe kamienie, które &#8211; ciągle się śmiejąc &#8211; nazywały &#8220;naszym domem&#8221;. Cóż za dziecinnym głosem zwracały się do mnie pokazując te trzy kamienie, na których czasami żarzyły się węgle, i roześmiane mówiły: &#8220;Darna&#8221;9! Te stare kobiety nie należały ani do rewolucji, ani do palestyńskiego ruchu oporu &#8211; były radością, która nie spodziewa się niczego więcej. Słońce podążało nad nimi swoją krzywą. Wyciągnięte ramię lub palec proponowały coraz węższy cień. Lecz co to była za ziemia? Jordańska &#8211; z powodu fikcji administracyjnej i politycznej, którą sprokurowały Francja, Anglia, Turcja, Ameryka&#8230; &#8220;Radość, która nie spodziewa się niczego więcej&#8221;, najweselsza, bo najrozpaczliwsza. Widziały jeszcze Palestynę, której już nie było, gdy miały po szesnaście lat, ale w końcu miały ziemię. Nie znajdowały się ani pod nią, ani nad nią; przebywały w niepokojącej przestrzeni, w której najmniejszy ruch mógł być ruchem fałszywym. Czy grunt pod bosymi stopami tych osiemdziesięcioletnich, wzniośle eleganckich tragiczek był twardy? Za każdym razem coraz mniej. Gdy w obliczu zagrożenia izraelskiego uciekły z Hebronu, grunt tutejszy wydawał się twardy, a każdy stawał się na nim lżejszy i poruszał się po nim zmysłowo w języku arabskim. Z biegiem czasu wyglądało na to, że grunt ten doświadczał rzeczy następującej: Palestyńczycy okazywali się coraz bardziej nieznośni, a zarazem ci sami Palestyńczycy, ci chłopi, odkrywali ruchliwość, marsz, bieg, talię idei rozdawanych niemal codziennie jak karty do gry, składaną, rozkładaną, używaną broń. Po kolei każda kobieta zabiera głos. Śmieją się. Przytacza się słowa jednej z nich:<br />
- Bohaterowie! Wolne żarty. Urodziłam i dawałam klapsy pięciu czy sześciu, którzy są w dżebelu10. Tysiąc razy ich podcierałam. Wiem, ile są warci i mogę urodzić ich więcej.</p>
<p>Na ciągle błękitnym niebie słońce podąża po swojej krzywej, ale jest jeszcze ciepło. Te tragiczki pamiętają, a zarazem oddają się wyobraźni. Pragnąc być bardziej ekspresyjne, punktują palcem wskazującym koniec każdego zdania i akcentują spółgłoski emfatyczne. Gdyby obok przeszedł żołnierz jordański, byłby zachwycony &#8211; w rytmie fraz odnalazłby rytm tańców beduińskich. Gdyby te boginie ujrzał żołnierz izraelski, bez słowa rozwaliłby im czaszki serią z pistoletu maszynowego.</p>
<p><strong>* * *</strong><br />
Tutaj, w ruinach Szatili, nie ma już nic. Kilka starych, niemych kobiet chowa się szybko za drzwiami, na których wisi biała szmata. Garstka bardzo młodych fedainów &#8211; niektórych spotkam później w Damaszku.<br />
Wybór społeczności, którą się preferuje nie będąc w niej urodzonym, podczas gdy przynależność do niej jest przyrodzona &#8211; ten wybór dokonuje się na zasadzie nie przemyślanego przystąpienia, nie dlatego, że poczucie sprawiedliwości nie ma w tym swojego udziału, ale dlatego, że oddanie jej sprawiedliwości i cała jej obrona biorą się z pociągu uczuciowego, a nawet cielesnego, zmysłowego; jestem Francuzem, ale całkowicie, bez zastrzeżeń, bronię Palestyńczyków. Prawo jest po ich stronie, bo ich kocham. Czy jednak kochałbym ich, gdyby niesprawiedliwość nie uczyniła z nich narodu włóczęgów?</p>
<p>W Bejrucie, w miejscu, które nazywa się jeszcze Bejrutem Zachodnim, uszkodzone są prawie wszystkie budynki. Obsuwają się rozmaicie &#8211; raz jak krwawnik pospolity zgniatany palcami gigantycznego, obojętnego i żarłocznego King Konga, innym razem chylą się wybornie trzy czy cztery ostatnie piętra tworząc bardzo elegancką fałdę &#8211; swojego rodzaju libańską draperię budynku. Jeśli fasada pozostaje nietknięta, obejdźcie dom &#8211; pozostałe ściany budynku są podziurawione kulami. Jeśli żadna z czterech ścian nie jest pęknięta, to znaczy, że zrzucona z samolotu bomba wpadła do środka i z klatki schodowej i windy zrobiła studnię.</p>
<p>W Bejrucie Zachodnim, po przybyciu Izraelczyków, S opowiada. mi: &#8220;Zapadł zmierzch, była chyba godzina dziewiętnasta. Nagle wielki zgiełk żelastwa, żelastwa, żelastwa. Wszyscy, siostra, szwagier i ja, wybiegamy na balkon. Bardzo ciemna noc. Od czasu do czasu, o niespełna sto metrów, jakby błyski. Wiesz, że prawie naprzeciwko nas jest coś w rodzaju izraelskiego stanowiska dowodzenia &#8211; cztery czołgi, dom zajmowany przez żołnierzy i oficerów, wartownicy. Noc. I zgiełk nadciągającego żelastwa. Błyski &#8211; kilka płonących pochodni. I czterdziestu czy pięćdziesięciu chłopaków w wieku około dwunastu czy trzynastu lat, którzy rytmicznie walą czy to kamieniami, czy młotkami lub jeszcze czymś innym w małe metalowe pojemniki. Bardzo głośno i miarowo krzyczą: &#8220;La ilah illa Allah, La kataib wa la jahud (Nie ma innego boga niż Allah, precz z falangistami, precz z żydami).<br />
H. mówi: &#8220;Gdy w 1928 r. przyjechałeś do Bejrutu i Damaszku, Damaszek był zniszczony. Gen. Gouraud i jego wojska &#8211; oddziały strzelców marokańskich i tunezyjskich &#8211; ostrzelały i zmasakrowały Damaszek. Kogo oskarżała ludność syryjska?<br />
Ja: &#8211; Syryjczycy oskarżali Francję o dokonanie masakr i zrujnowanie Damaszku.<br />
On: &#8211; My oskarżamy Izrael o masakry w Szatili i Sabrze. Nie zrzucajmy tych zbrodni na barki samych tylko oddziałów pomocniczych &#8211; kataibów. To Izrael odpowiada za wprowadzenie dwóch kompanii kataibów do obozów, za wydanie im rozkazów, za ich zagrzewanie przez trzy dni i trzy noce, za dostarczenie im napojów i pożywienia, za oświetlenie obozów w nocy.&#8221;</p>
<p>Ponownie H., profesor historii. Mówi: &#8220;W 1917 r. powtórzono numer z Abrahamem lub, jeśli wolisz, Bóg był już prefiguracją lorda Balfoura11. Bóg, mówili i nadal mówią żydzi, obiecał Abrahamowi i jego potomkom ziemię miodem i mlekiem płynącą, podczas gdy ta kraina nie należała do boga żydów (te ziemie były pełne bogów), tę krainę zamieszkiwali Kananejczycy, którzy też mieli swoich bogów i bili się z wojskami Jozuego, aż w końcu ukradziono im słynną arkę przymierza, bez której żydzi nie odnieśliby zwycięstwa. W 1917 r. Anglia nie posiadała jeszcze Palestyny (tej ziemi mlekiem i miodem płynącej), ponieważ traktat, który przyznawał nad nią powiernictwo, jeszcze nie został podpisany.<br />
- Begin twierdzi, że przyjechał do kraju&#8230;<br />
- To tytuł filmu: Taka długa nieobecność. Czy widzisz w tym Polaku spadkobiercę króla Salomona?<br />
W obozie, po dwudziestu latach wygnania, uchodźcom marzyła się ich Palestyna; nikt nie miał odwagi wiedzieć ani powiedzieć, że Izrael gruntownie ją spustoszył i przebudował, że na polu jęczmienia stoi bank, że na miejscu pnącej się winorośli stoi elektrownia.<br />
- Czy zmienimy ogrodzenie pola?<br />
- Koło figowca trzeba będzie naprawić część muru.<br />
- Pewnie wszystkie garnki są zardzewiałe; trzeba kupić płótno ścierne.<br />
- Może by tak również doprowadzić prąd do stajni?<br />
- O nie, skończyły się ręcznie haftowane sukienki &#8211; daj mi maszynę do szycia i maszynę do haftowania.<br />
Starsi wiekiem mieszkańcy obozów byli nędzarzami; może byli nimi również w Palestynie, nostalgia miała u nich działanie magiczne. Istnieje ryzyko, że pozostaną więźniami nieszczęsnych uroków obozów. Nie ma pewności, czy ta część Palestyńczyków nie opuści ich z żalem. To w tym właśnie sensie skrajna nędza wywołuje fascynację przeszłością. Człowiek, który ją poznał, wraz z goryczą poznał skrajną, samotną radość, którą z nikim nie można się podzielić. Uczepione kamienistych zboczy obozy w Jordanii są nagie, ale na ich peryferiach znajdują się bardziej zrozpaczone nagości &#8211; baraki, dziurawe namioty zamieszkane przez ludzi, których duma jest świetlana. Negować to, że ludzie mogą przywiązać się do widocznej nędzy i być z niej dumni, to nic nie wiedzieć o sercu ludzkim &#8211; duma ta jest możliwa dlatego, iż przeciwwagą widocznej nędzy jest ukryta chwała.<br />
Samotność umarłych w obozie Szatila była jeszcze bardziej namacalna, ponieważ były u nich gesty i pozy, o które się nie zatroszczyli. Umarli jakkolwiek. Po śmierci pozostawiono ich na łasce losu. Mimo to w obozie, wokół nas, w toku poszukiwań Palestyńczyków, którzy nie dawali znaku życia, powiewały na wietrze wszelkie uczucia, czułości, miłości.<br />
- Jak zawiadomić o tym krewnych, którzy odpłynęli z Arafatem ufając obietnicy Reagana, Mitterranda, Pertiniego, że nikt nie tknie ludności cywilnej w obozach? Jak im powiedzieć, że pozwolono na masakrę dzieci, starców, kobiet, a ich trupy pozostawiono bez modłów? Jak poinformować, że nie wiadomo, gdzie ich pogrzebano?<br />
Masakr nie popełniono po cichu i w ciemnościach. Od czwartku po południu Izraelczycy wsłuchiwali się w świetle izraelskich rac świetlnych w to, co działo się w Szatili. Cóż za hulanki, cóż za swawole odbyły się tam, gdzie śmierć zdawała się uczestniczyć w bachanaliach żołnierzy pijanych od wina, pijanych z nienawiści i niewątpliwie pijanych z uciechy, że mogą przypodobać się armii izraelskiej, która słuchała, patrzyła, zachęcała, beształa. Nie widziałem, jak armia izraelska słucha i patrzy. Widziałem, co zrobiła.<br />
Na argument: co na zabójstwie Baszira mógł zyskać Izrael &#8211; przecież chciał wkroczyć do Bejrutu, przywrócić ład i zapobiec krwawej łaźni? co mógł zyskać na masakrze Szatili?, odpowiadam pytaniami: A co zyskał wkraczając do Libanu? Co zyskał bombardując przez dwa miesiące ludność cywilną? Przepędzenie i zniszczenie Palestyńczyków. Co chciał zyskać w Szatili? Zniszczyć Palestyńczyków.<br />
Zabija ludzi, zabija umarłych. Równa z ziemią Szatilę. Nie jest mu obca spekulacja nieruchomościami na zagospodarowanym terenie: metr pokrytego ruinami terenu kosztuje tu pięć milionów starych franków. Lecz ile będzie kosztował, gdy się go &#8220;oczyści&#8221;?&#8230;<br />
Piszę o tym w Bejrucie, w którym &#8211; może z powodu sąsiedztwa śmierci, a tym bardziej przy samej ziemi, wszystko jest prawdziwsze niż we Francji &#8211; wszystko zdaje się dziać tak, jakby Izrael, znużony, przygnębiony tym, że ma świecić przykładem, że jest nietykalny, że musi eksploatować to, czym &#8211; jak mu się wydaje &#8211; stał się, a mianowicie inkwizytorską i mściwą świętą, postanowił dać się osądzić na zimno.<br />
Dzięki mądrej, acz przewidywalnej metamorfozie, oto ukazuje się nam takim, jakim jest i do czego przygotowywał się od dawna &#8211; odrażającą władzą doczesną, takim kolonizatorem, jakim nikt już nie ma odwagi być, podniesionym do rangi Instancji Ostatecznej, co w równej mierze zawdzięcza długo ciążącemu na nim przekleństwu, jak i swojemu wyborowi.<br />
Pozostaje wiele pytań.<br />
Jeśli Izraelczycy tylko oświetlili obóz i słuchali i słyszeli, jak wystrzeliwano całą tę amunicję, po łuskach której chodziłem (było ich dziesiątki tysięcy), to kto naprawdę strzelał? Kto ryzykował swoją skórę zabijając? Falangiści? Haddadyści? Którzy z nich? Ilu?<br />
Gdzie podziała się broń, z której zabito tylu ludzi? Gdzie podziała się broń tych, którzy się bronili? W tej części obozu, którą odwiedziłem, widziałem jedynie dwa granatniki przeciwpancerne, z których nie zrobiono użytku.<br />
Jak mordercy weszli do obozów? Czy wszystkie górujące nad Szatilą punkty były już obsadzone przez Izraelczyków? W każdym razie w czwartek byli już w szpitalu Akka, naprzeciwko wejścia do obozu.<br />
W gazetach napisano, że gdy tylko Izraelczycy dowiedzieli się o masakrach, weszli do obozu Szatila i natychmiast kazali ich zaprzestać &#8211; konkretnie, że zrobili to w sobotę. Lecz co zrobili ze sprawcami masakry? Gdzie się oni podziali?<br />
Po zabójstwie Baszira Dżumajjila i dwudziestu jego towarzyszy, po masakrach, pani B., należąca do wielkiej burżuazji bejruckiej, dowiedziawszy się, że wracam z Szatili, przyszła do mnie. Weszła &#8211; po ciemku &#8211; na ósme piętro; wydaje mi się, że jest w podeszłym wieku &#8211; elegancka, ale w podeszłym wieku.<br />
- Miała pani rację, mówiąc przed zabójstwem Baszira, przed masakrami, że najgorsze dopiero nadejdzie. Widziałem to.<br />
- Przede wszystkim błagam &#8211; niech pan mi nie mówi, co widział w Szatili. Mam za słabe nerwy, muszę o nie dbać, aby znieść najgorsze, które jeszcze nie nadeszło.<br />
Mieszka sama z mężem (siedemdziesiąt lat) i gosposią w wielkim apartamencie. Jest bardzo elegancka. Bardzo zadbana. Meble są u nich stylowe, chyba z czasów Ludwika XVI.<br />
- Wiedzieliśmy, że Baszir pojechał do Izraela. Popełnił błąd. Gdy jest się szefem państwa z wyboru, nie należy zadawać się z tymi ludźmi. Byłam pewna, że spotka go nieszczęście. Nic nie chcę jednak wiedzieć. Muszę dbać o nerwy, aby znieść te straszne ciosy, których jeszcze nie zadano. Baszir powinien był odesłać list, w którym pan Begin nazywał go swoim drogim przyjacielem.<br />
Wielka burżuazja ze swoimi niemymi służącymi stawia opór na swój sposób. Pani B. i jej mąż &#8220;absolutnie nie wierzą w wędrówkę dusz&#8221;. Co by to było, gdyby okazało się, że w nowym wcieleniu są Izraelczykami?<br />
Dzień pogrzebu Baszira to również dzień, w którym armia izraelska wkracza do Bejrutu Zachodniego. Eksplozje zbliżają się do budynku, w którym się znajdujemy; w końcu wszyscy schodzą do schronu, za który służy piwnica. Ambasadorowie, lekarze, ich żony, córki, przedstawiciel ONZ w Libanie, ich służba.<br />
- Carlosie, przynieś mi jasiek.<br />
- Carlosie, moje okulary.<br />
- Carlosie, trochę wody.</p>
<p>Ponieważ służący mówią po francusku, dopuszcza się ich do schronu. Może ich również trzeba chronić &#8211; ich rany, przewóz do szpitala czy na cmentarz &#8211; cóż to za kłopot!<br />
Należy wiedzieć, że obozy palestyńskie Szatila i Sabra to kilometry i kilometry wąziutkich uliczek &#8211; bo tu nawet uliczki są tak szczupłe, tak wychudzone, że nieraz dwie osoby nie mogą się minąć, chyba że jedna stanie bokiem, zawalone gruzem, sięgaczami, cegłami, wielobarwnymi i brudnymi łachmanami, toteż w nocy, w świetle rac izraelskich, które oświetlały obóz, takiej rzezi nie zdołałoby urządzić piętnastu czy dwudziestu nawet dobrze uzbrojonych strzelców. Mordercy operowali w wielkiej liczbie, a wraz z nimi prawdopodobnie zjawiły się zastępy oprawców, którzy otwierali czaszki, kroili uda, obcinali ramiona, dłonie i palce, ciągnęli sznurami spętanych, konających ludzi, mężczyzn i kobiety, którzy jeszcze żyli, bo krew długo ciekła z ich ciał &#8211; do takiego stopnia, że nie mogłem ustalić, kto w korytarzu jednego z domów zostawił po sobie strumień wyschłej krwi &#8211; zanim wyschła, płynęła z głębi korytarza, gdzie stała w kałuży, po sam próg, gdzie ginęła w piasku. Czy to był Palestyńczyk? Kobieta? Falangista, którego ciało zabrano?<br />
Z Paryża &#8211; zwłaszcza gdy nie zna się topografii obozów dla uchodźców &#8211; we wszystko można wątpić. Można pozwolić Izraelowi, aby twierdził, że to dziennikarze z Jerozolimy pierwsi poinformowali o masakrach. Jak podali ją krajom arabskim i w języku arabskim? A jak po angielsku i francusku? I kiedy dokładnie? Pomyśleć tylko, jakie to środki ostrożności podejmuje się na Zachodzie, gdy tylko stwierdza się podejrzaną śmierć, jak zabezpiecza się odciski palców, ślady po kulach, jak przeprowadza się autopsje, kontrekspertyzy! W Bejrucie, gdy tylko dowiedziano się o masakrze, armia libańska oficjalnie przejęła obozy i zaraz przystąpiła do usuwania wszystkiego &#8211; ruin domów i zwłok. Kto nakazał ten pośpiech? Uczyniła to jednak po tym, jak świat obiegła wiadomość, że chrześcijanie i muzułmanie pozabijali się wzajemnie, i po tym, jak kamery zarejestrowały okrucieństwo rzezi.<br />
Okupowany przez Izraelczyków szpital Akka, naprzeciwko wejścia do Szatili, nie leży o dwieście metrów od obozu, lecz zaledwie o czterdzieści. Nic nie widzieli, nic nie słyszeli, nic nie wiedzieli?</p>
<p>To właśnie Begin oświadczył w Knesecie: &#8220;Pewni nieżydzi zmasakrowali pewnych nieżydów; co to nas obchodzi?&#8221;<br />
Muszę dokończyć przerwany na chwilę opis Szatili. Oto zabici, jakich widziałem pod koniec, w niedzielę około drugiej po południu, gdy ze swoimi buldożerami wkraczał Międzynarodowy Czerwony Krzyż. Trupi fetor nie wydobywał się z tego czy innego domu, z tej czy innej ofiary kaźni &#8211; wydawało się, że emanuje z mojego ciała, z mojej istoty. Wydawało mi się, że w wąskiej uliczce, przy kanciastym występie muru, widzę czarnego, siedzącego na ziemi, roześmianego, zaskoczonego nokautem boksera. Nikt nie miał odwagi zamknąć mu powiek; patrzyły na mnie jego wychodzące z orbit, białe jak śnieg oczy. Wyglądał na pokonanego; oparty o kant występu, podnosił ramię. To był martwy od dwóch czy trzech dni Palestyńczyk. Jeśli początkowo wziąłem go za czarnego boksera, to dlatego, że jego głowa była ogromna, opuchnięta i czarna, podobnie jak wszystkie głowy i wszystkie ciała leżące zarówno na słońcu, jak i w cieniu domów. Przeszedłem obok jego stóp. Podniosłem z piasku górny ząb trzonowy i położyłem go na resztkach parapetu jakiegoś okna. Wklęsłość jego wzniesionej do nieba dłoni, otwarte usta, rozporek spodni, którym brakowało paska &#8211; ileż to uli, w których karmiły się muchy!</p>
<p>Przeszedłem przez innego trupa, potem jeszcze innego. Na tej piaszczystej przestrzeni, między dwoma trupami, leżał wreszcie bardzo żywy, nietknięty podczas tej rzezi, przedmiot &#8211; różowy, na wpół przezroczysty, który nadawał się jeszcze do użytku: proteza nogi, chyba z plastiku, obuta w czarny but i odziana w szarą skarpetkę. Gdy przyjrzałem się jej bliżej, stało się jasne, że oderwano ją brutalnie od amputowanej nogi, ponieważ wszystkie rzemienie, którymi normalnie była przymocowana do uda, były zerwane.<br />
Ta noga należała do drugiego trupa. Tego, u którego widziałem tylko jedną nogę i stopę w czarnym bucie i szarej skarpetce.<br />
Na ulicy prostopadłej do tej, w której pozostawiłem trzy trupy, leżał kolejny. Nie tarasował zupełnie przejścia, ale leżał na początku ulicy, więc musiałem minąć go, a gdy to uczyniłem i odwróciłem się, ujrzałem takie oto widowisko: ubrana po arabsku kobieta, która &#8211; jak mi się wydawało &#8211; miała szesnaście lub sześćdziesiąt lat, siedziała na krześle, otoczona jeszcze młodymi, milczącymi kobietami i mężczyznami. Szlochała. Opłakiwała swojego brata, którego ciało blokowało niemal ulicę. Podszedłem do niej. Przyjrzałem się jej bliżej. Pod szyją miała zawiązaną chustę. Płakała, lamentowała z powodu śmierci leżącego obok brata. Jego twarz była różowa &#8211; było to dziecinny, niemal jednolity, bardzo delikatny, jasny róż &#8211; lecz bez brwi i rzęs, a to, co wydawało mi się różowe, to nie był naskórek, lecz skóra właściwa, jakby obszyta pasmem szarej skóry. Cała twarz była spalona. Nie mogłem dowiedzieć się czym, ale zrozumiałem przez kogo.<br />
Na widok pierwszych zabitych starałem się ich policzyć. Gdy doliczyłem się dwunastego i trzynastego, spowity odorem i promieniami słońca, potykający się w każdej ruinie, już nie mogłem, wszystko mi się myliło.<br />
W Bejrucie Zachodnim oglądałem obojętnie wiele rozprutych domów, z których wyłaziły pierzyny, i zawalonych budynków, ale w Szatili oglądałem je z przerażeniem. Na ogół umarli bardzo szybko stają mi się znajomi, a nawet przyjaźni, ale patrząc na umarłych w obozach, nie dostrzegłem nic poza nienawiścią i uciechą tych, którzy ich zabili. Odbyła się tam barbarzyńska zabawa: była wściekłość, było pijaństwo, były tańce, śpiewy, przekleństwa, skargi, jęki na cześć podglądaczy, którzy pękali ze śmiechu na ostatnim piętrze szpitala Akka.<br />
<strong><br />
* * *</strong></p>
<p>We Francji, przed wojną w Algierii, Arabowie nie byli piękni, wyglądali na ociężałych, marudnych, mieli skrzywione gęby, aż tu nagle zwycięstwo ich upiększyło, a nawet nim jeszcze stało się oślepiające &#8211; gdy ponad pół miliona żołnierzy francuskich padało z wycieńczenia i zdychało w górach Aurčs i w całej Algierii, na twarzach i w ciałach robotników arabskich można było dostrzec dziwne zjawisko: czuło się nadciąganie piękna, przeczuwało się kruche jeszcze piękno, które miało nas porazić, gdy wreszcie z ich skóry i z naszych oczu opadną łuski. Należało uznać za pewnik to, że wyzwolili się politycznie, aby wyglądać tak, jak powinno było się ich widzieć: jako przepięknych ludzi. Podobnie było z fedainami &#8211; zbiegli z obozów dla uchodźców przed moralnością i ładem obozów, przed moralnością narzuconą przez konieczność przetrwania, a jednocześnie przed wstydem, byli przepiękni, a ponieważ to ich piękno było nowe, to znaczy niewinne, naiwne, było również świeże, tak żywe, że odkrywało natychmiast to, co w nim współgrało ze wszystkimi pięknościami świata, które uwolniły się od wstydu.<br />
Wielu alfonsów algierskich, którzy przemierzali nocą Pigalle, wykorzystywało swoje atuty na rzecz rewolucji algierskiej. Tam też była cnota. To chyba Hannah Arendt dzieli rewolucje na te, które dążą do wolności i na te, które dążą do cnoty &#8211; a więc pracy. Może należałoby uznać, że rewolucje czy wyzwolenia stawiają sobie &#8211; nieświadomie &#8211; za cel zyskanie lub odzyskanie piękna, to znaczy czegoś nieuchwytnego, nie dającego się nazwać inaczej, jak tylko przy pomocy tego rzeczownika. A raczej nie &#8211; przez piękno rozumiemy roześmianą bezczelność, którą mają w pogardzie miniona nędza, systemy i ludzie odpowiedzialni za nędzę i wstyd, ale taką, która dostrzega, że gdy tylko człowiek wyzbył się wstydu, wybuch śmiechu i radości okazał się łatwy.<br />
Na tej stronie miała być jednak przede wszystkim mowa o tym, że rewolucja jest wtedy, gdy sprawia, że z twarzy i ciał spada martwa skóra, która je deformowała. Nie mówię o pięknie akademickim, lecz o nieuchwytnej &#8211; niemożliwej do nazwania &#8211; radości ciał, twarzy, krzyków, słów, które przestają być bezbarwne; mam na myśli zmysłową rozkosz, która jest tak silna, że chce przepędzić wszelki erotyzm.</p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p>Znów w Adżlun, w Jordanii, a następnie w Irbidzie. Podnoszę jeden z białych włosów, który &#8211; jak mi się wydaje &#8211; wypadł mi i leży na moim swetrze i kładę go na kolanie Hamzy, który siedzi koło mnie. Bierze go kciukiem i palcem serdecznym, przygląda mu się, uśmiecha, wkłada go do kieszeni swojej czarnej kurtki i kładzie na niej rękę mówiąc:<br />
- Włos z brody Proroka nie jest wart tyle, co on.<br />
Oddycha trochę głębiej i kontynuuje:<br />
- Włos z brody Proroka nie jest wart więcej niż on.</p>
<p>Miał dopiero 22 lata, jego myśli z łatwością skakały ponad głowami czterdziestoletnich Palestyńczyków, ale widać było już po nim &#8211; w jego ciele, gestach &#8211; oznaki tego, co wiązało go z najstarszymi.<br />
Dawniej wieśniacy smarkali przy użyciu palców. Smarknięcie ekspediowało smarki w jeżyny. Podcierali nos sztruksowym rękawem, który po miesiącu pokrywał się lekko masą perłową. Podobnie fedaini. Smarkali tak, jak markizowie i prałaci zażywali tabakę &#8211; nieco pochyleni. Zrobiłem to samo, bo bezwiednie mnie tego nauczyli.<br />
A kobiety? Haftowanie przez cały tydzień, dzień i noc, siedmiu sukni (po jednej na dzień) podarowanych w wyprawie zaręczynowej przez starego z reguły męża, którego wybrała rodzina, a potem deprymujące przebudzenie. Młode Palestynki stały się bardzo piękne, gdy zbuntowały się przeciwko ojcu i połamały igły. W górach i lasach Adżlun, As-Salt i Ibridu zaległa cała zmysłowość wyzwolona przez bunt i karabiny &#8211; nie zapominajmy o karabinach: dość tego, wszyscy mieli tego dość. Fedaini, nie zdając sobie z tego sprawy &#8211; czyżby? &#8211; ucieleśniali nowe piękno: żywość gestów i ich widoczne znużenie, bystrość oka i jego błysk, jaśniejsze brzmienie głosu sprzymierzały się z szybkością i zwięzłością repliki. A także z jej precyzją. Pogrzebali długie zdania, uczoną i wylewną retoryką.<br />
W Szatili wielu umarło i moja przyjaźń do nich i uczucie, jakie żywiłem do ich gnijących zwłok, były ogromne również dlatego, że ich znałem. Sczerniali, rozdęci, zgnili od słońca i śmierci, pozostawali fedainami.<br />
W niedzielę około drugiej po południu trzej żołnierze armii libańskiej, mierząc do mnie z karabinu, zaprowadzili mnie do jeepa, w którym drzemał oficer. Zapytałem go:<br />
- Czy mówi pan po francusku?<br />
- English.<br />
Głos był suchy, może dlatego, że nagle go obudziłem.<br />
Obejrzał mój paszport. Powiedział &#8211; po francusku:<br />
- Pan wraca stamtąd? (Wskazał palcem na Szatilę.)<br />
- Tak.<br />
- Widział pan?<br />
- Tak.<br />
- Napisze pan o tym?<br />
- Tak.</p>
<p>Oddał mi paszport. Dał znak, abym sobie poszedł. Opuszczono lufy trzech karabinów. W Szatili spędziłem cztery godziny. W mojej pamięci pozostało około czterdziestu trupów. Wszystkich &#8211; powtarzam: wszystkich &#8211; tych ludzi torturowano, prawdopodobnie w stanie upojenia alkoholowego, pośród śpiewów, śmiechów, zapachu prochu i rozchodzącego się już zapachu zwłok ludzkich.<br />
Niewątpliwie byłem sam, to znaczy byłem jedynym Europejczykiem (razem z paroma starymi Palestynkami trzymającymi się jeszcze kurczowo podartej białej chustki i paroma młodymi nieuzbrojonymi fedainami), ale gdyby nie było tam tych pięciu czy sześciu istot ludzkich, oszalałbym po odkryciu tego wyrżniętego miasta i poziomych, czarnych i spuchniętych Palestyńczyków. Gdzie byłem? Czy to skruszałe i zburzone miasto, które widziałem lub które wydawało mi się, że widzę, i które obszedłem, uniesione w powietrze i niesione przez potężny zapach śmierci &#8211; czy to wszystko miało miejsce?<br />
Obejrzałem, i to pobieżnie, tylko dwudziestą część Szatili i Sabry, nie widziałem ani kawałka Bir Hasan ani Burdż al-Baradżni.</p>
<p><strong>* * *</strong></p>
<p>To nie z powodu moich skłonności przeżyłem okres jordański jak feerię. Europejczycy i Arabowie północnoafrykańscy opowiadali mi o uroku, który tam ich trzymał. Przeżywając ten długi, sześciomiesięczny poryw, leciutko zabarwiony nocą przez dwanaście czy trzynaście godzin, poznałem lekkość zdarzenia i wyjątkowe zalety fedainów, ale przeczuwałem kruchość budowli. Tam wszędzie w Jordanii, gdzie przegrupowała się armia palestyńska &#8211; nie opodal Jordanu &#8211; były posterunki kontrolne, na których fedaini czuli się tak pewni swoich praw i swojej władzy, że przybycie gościa czy to za dnia, czy w nocy było okazją do zaparzenia herbaty, rozmowy pośród wybuchów śmiechu i braterskich pocałunków (ten, którego całowano, odchodził tej nocy, przeprawiał się przez Jordan, aby podłożyć bomby w Palestynie, i często nie wracał). Jedynymi wysepkami ciszy były wsie jordańskie. Wydawało się, że wszyscy fedaini unoszą się lekko nad ziemią, tak jakby wypili szklaneczkę wina czy zaciągnęli się odrobinę haszyszem. Co to było takiego? Młodzież nie dbająca o śmierć i posiadająca broń czeską i chińską, z której mogła strzelać w powietrze. Pod ochroną karabinów, które tak wysoko strzelały, fedaini niczego się nie bali.<br />
Jeśli któryś z czytelników widział mapę Palestyny i Jordanii, wie, że teren tamtejszy to nie kartka papieru. Nad brzegami Jordanu teren jest bardzo wypukły. Cała ta eskapada powinna nosić podtytuł: Sen nocy letniej &#8211; mimo wrzasków czterdziestoletnich dowódców. To wszystko było możliwe za sprawą młodości, rozkoszy spoczywania pod drzewami, bawienia się bronią, przebywania z daleka od kobiet, to znaczy możliwości ukrycia poważnego problemu, bycia najbardziej świetlanym, bo najostrzejszym punktem rewolucji, posiadania zgody mieszkańców obozów, bycia fotogenicznymi we wszystkim, co się robi, no i może przeczuwania, że ta feeria o treści rewolucyjnej wkrótce zostanie zdewastowana: fedaini nie chcieli władzy. Oni byli wolni.<br />
W drodze powrotnej z Bejrutu, na lotnisku w Damaszku, spotkałem młodych fedainów, którzy uciekli z izraelskiego piekła. Mieli 16 czy 17 lat &#8211; śmiali się, byli podobni do tych z Adżlun. Umrą tak, jak tamci. Walka o kraj może zapewnić bardzo bogate, ale krótkie życie. Taki był &#8211; proszę sobie przypomnieć &#8211; wybór Achillesa w Iliadzie.</p>
<p>1 Fedain &#8211; od arabskiego fidai: osoba oddająca życie za innych, poświęcająca się dla dobra innych; w średniowieczu członek ismailickiego ugrupowania asasynów, w latach czterdziestych członek terrorystycznej organizacji religijno-politycznej w Iranie, później bojownik podziemia miejskiego Frontu Wyzwolenia Narodowego Algierii, bojownik palestyńskiego ruchu oporu, działacz lewicowo-radykalnego ruchu Fedainów Ludowych podczas rewolucji 1979 r. w Iranie. (Przyp. red.)<br />
2 W lutym 1970 r. wybuchły walki między armią jordańską a palestyńskim ruchem oporu, solidnie osadzonym w Jordanii od końca wojny arabsko-izraelskiej 1967 r. Kon-<br />
flikt zbrojny osiągnął apogeum we wrześniu 1970 r.; zakończył się klęską rewolucji palestyńskiej, śmiercią tysięcy Palestyńczyków, opuszczeniem przez Organizację Wyzwolenia Palestyny Jordanii i jej zainstalowaniem się w Libanie. Stąd termin &#8220;czarny wrzesień&#8221;. (Przyp. red.)<br />
3 Podczas wojny domowej w Libanie Bejrut Zachodni był bastionem libańskiej koalicji arabskich sił nacjonalistycznych i lewicowych oraz OWP. (Przyp. red.)<br />
4 Major Saad Haddad dowodził kolaborantami z milicji zwanej Armią Libanu Południowego, która działała w okupowanej przez Izrael od 1978 r. strefie przygranicznej na południu Libanu. W 1982 r. milicja ta towarzyszyła armii izraelskiej w inwazji na Liban, w tym w natarciu na Bejrut. (Przyp. red.)<br />
5 Kataib &#8211; po arabsku: falanga, brygada. Libańska Falangistowska Partia Społeczno-Demokratyczna to partia prawicowa mająca oparcie w uprzywilejowanej i tradycyjnie skupiającej w swoich rękach gros władzy państwowej społeczności chrześcijan-maronitów. Założył ją w 1936 r. Pierre Dżumajjil, ojciec Baszira i Amina, po powrocie z Niemiec, gdzie podczas olimpiady zachwycił się organizacją Hitlerjugend. Współpracująca z okupantem izraelskim milicja falangistów stanowiła kręgosłup Sił Libańskich dowodzonych przez Baszira Dżumajjila, wybranego 23 sierpnia 1982 r., pod okupacją izraelską i z poparciem Izraela, na prezydenta i zamordowanego 14 września tego samego roku. Mówiło się m.in., że tłem zamachu mogły być walki frakcyjne w łonie Falangi &#8211; stąd później aluzja Geneta do rozłamu wśród falangistów. (Przyp. red.)<br />
6 Hamra &#8211; główna ulica Bejrutu. (Przyp. red.)<br />
7 Murabitun &#8211; po arabsku: wierni przysiędze. W Libanie nazwa milicji Niezależnego Ruchu Naserowskiego, który miał oparcie wśród biedoty sunnickiej w Bejrucie, odnosił się wrogo do tradycyjnej elity sunnickiej, należał do Libańskiego Ruchu Narodowego i ściśle współdziałał z OWP. W sierpniu 1982 r. Murabitun opuścili Bejrut wraz z OWP. Z biegiem czasu powrócili do Libanu razem z bojownikami OWP. Po zakończeniu wojny domowej w 1990 r. rozwiązali się podobnie jak inne milicje. (Przyp. red.)<br />
8 Bak&#8217;a &#8211; obóz uchodźców palestyńskich w Jordanii. (Przyp. red.)<br />
9 Darna &#8211; po arabsku: nasz dom. (Przyp. red.)<br />
10 Dżebel &#8211; po arabsku: góry. (Przyp. red.)<br />
11 Lord Arthur James Balfour, brytyjski minister spraw zagranicznych, zawiadomił 2 listopada 1917 r. społeczność żydowską w Wielkiej Brytanii, że rząd brytyjski sprzyja syjonistycznemu pomysłowi stworzenia w Palestynie żydowskiej &#8220;siedziby narodowej&#8221;, co przeszło do historii pod nazwą Deklaracji Balfoura. (Przyp. red.)</p>
<p><strong>Jean Genet</strong> (1910-1986) &#8211; człowiek z marginesu, dezerter z Legii Cudzoziemskiej, podróżnik, marynarz, przestępca, pisarz i dramaturg, pierwsze dzieła napisał w więzieniach francuskich. Rewindykowany przez intelektualistów (m.in. Sartre&#8217;a i Cocteau) jako wielki pisarz, jest m.in. autorem Matki Boski Kwietnej (1943), Cudu róży (1946), Ceremonii żałobnych (1947), Querelle de Brest (1947), Les bonnes (1947), Ścisłego nadzoru (1949), Dziennika złodzieja (1949), Le balcon (1956), Les paravents (1961). Miał nowe procesy, tym razem za obrazę moralności publicznej &#8211; był zdeklarowanym gejem. Walczył o prawa uciskanych. Brał udział w obronie uwięzionych działaczy partii Czarnych Panter w USA i Frakcji Armii Czerwonej w RFN. W latach 1970-1972 żył wśród uchodźców i partyzantów palestyńskich (Un captif amoureux, 1986). We wrześniu 1982 r. był świadkiem izraelskiej okupacji Bejrutu.</p>
<p>* Esej ten ukazał się w: &#8220;Jean Genet et la Palestine&#8221;, Revue d&#8217;Études Palestiniennes (numer pozaseryjny) wiosną 1997 r. Czasopismo to wydaje po angielsku i francusku Instytut Studiów Palestyńskich (IPS) z siedzibą w Waszyngtonie.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/cztery-godziny-w-szatili/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Zasadzka pod Insariją</title>
		<link>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/zasadzka-pod-insarija/</link>
		<comments>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/zasadzka-pod-insarija/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 21:20:49 +0000</pubDate>
		<dc:creator>aneta</dc:creator>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Hezbollah]]></category>
		<category><![CDATA[Liban]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kampania-palestyna.pl/?p=761</guid>
		<description><![CDATA[Z izraelskiej kutra rakietowego linia wybrzeża libańskiego wyglądała tak, jakby pociągnięto ją węglem; wzdłuż niej migotały w domach światła. Poza tym Liban trudno było odróżnić od bezksiężycowego nocnego nieba.
Komendant Jossi Kurakin, dowódca szesnastoosobowej drużyny komandosów morskich z elitarnej jednostki Flotylla 13, kazał ruszać. Uzbrojeni po zęby żołnierze przesiedli się na pontony desantowe, które kołysały się [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Z izraelskiej kutra rakietowego linia wybrzeża libańskiego wyglądała tak, jakby pociągnięto ją węglem; wzdłuż niej migotały w domach światła. Poza tym Liban trudno było odróżnić od bezksiężycowego nocnego nieba.</p>
<p>Komendant Jossi Kurakin, dowódca szesnastoosobowej drużyny komandosów morskich z elitarnej jednostki Flotylla 13, kazał ruszać. Uzbrojeni po zęby żołnierze przesiedli się na pontony desantowe, które kołysały się za kutrem. Kilku komandosów uginało się pod ciężarem materiałów wybuchowych do min drogowych.<br />
Pontonami mieli podpłynąć bliżej brzegu. Ostatni odcinek mieli przebyć wpław.<br />
Kurakin, gramoląc się na ponton, uśmiechnął się szczerząc zęby do swojego dowódcy.<br />
- Nie martw się. Wszystko będzie okej. Obiecuję &#8211; rzekł.<br />
Gdy tylko komandosi przesiedli się na pontony, ruszyły one ku odległemu brzegowi; cel znajdował się w odległości dwóch kilometrów od brzegu, we wsi Insarija.<br />
Od dziesięciu dni nad polami i gajami pomarańczowymi na północnym skraju Insariji latały bezzałogowe samoloty rozpoznawcze MK. Galib Farhat widział wyraźnie takie samoloty ze swojego piętrowego domu na skraju wsi. Ich obecność go zaintrygowała. Insarija leżała daleko od izraelskiej strefy okupacyjnej i we wsi niewiele mogło interesować Izraelczyków.</p>
<p>Z morza u skalistego brzegu po cichu wyłonili się komandosi morscy. W tym miejscu przebiegał jedyny nie zabudowany odcinek wybrzeża naprzeciwko Insariji. Mimo to ryzyko było spore. Nawet o takiej późnej godzinie panował tu duży ruch. Drużyna musiała przeskoczyć chyłkiem drogę, przejść przez bramę w trzymetrowym betonowym murze biegnącym po wschodniej stronie gościńca i zniknąć wśród plantacji bananów i gajów pomarańczowych, a następnie wspiąć się na wzgórze, do Insariji.<br />
Komandosi kolejno przeskakiwali na drugą stronę drogi. Wydaje się, że nikt ich nie zauważył. Pod osłoną plantacji bananów drużyna zaczęła trudny marsz pod górę, do położonej na szczycie urwiska wsi.</p>
<p>Galib i jego żona Kulud oglądali telewizję. Dzieci spały w sąsiednim pokoju. Galib ciągle odczuwał niepokój. W okolicy operowali bojownicy Hezbollahu. Przybyli do wsi prawie w tym samym czasie, gdy &#8211; dziesięć dni wcześniej &#8211; pojawiły się samoloty rozpoznawcze. Co wieczór, około dziesiątej, dróżką za domem przejeżdżał powoli, na zgaszonych światłach, samochód; kierował się w stronę wsi Lubia, która leży o kilometr dalej, na północ od Insariji. Z samochodu wysiadało czterech czy pięciu ludzi i znikało w gajach pomarańczowych. Tego wieczoru znów tam byli.<br />
Kurakin i jego piętnastu żołnierzy wspinało się w znoju, przedzierając się przez gęsty gaj. Dowódca zatrzymał się i skinął na radiooperatora. Chciał pójść na skróty. Między gajem pomarańczowym a sosnową zasłoną od wiatru biegła na zachód ścieżka, którą szło by się szybciej i która w połowie drogi między Insariją a Lubią wyprowadziłaby drużynę na inną ścieżkę. Przełożony zezwolił na taką zmianę trasy i Kurakin poprowadził drużynę w nowym kierunku.<br />
Było po północy. Skończyła się zmiana w centralce telefonicznej w Insariji. Ali Assad zamknął biuro i podobnie jak jego dwaj koledzy udał się do samochodu. Koledzy odjechali, a w trzy minuty później Ali podążył w ich ślady; skręcił w stronę Lubii.</p>
<p>Czołówka drużyny izraelskiej, zachowując ostrożność, dotarła do ścieżki prowadzącej z Insariji do Lubii. Kurakin i radiooperator prowadzili pozostałych z kilkumetrowym wyprzedzeniem.<br />
Gdy doszli do bramy przy ścieżce, Kurakin kazał im się zatrzymać. On i jego dwaj towarzysze przeskoczyli ścieżkę i przycupnęli przy kupie śmieci. Kurakin odwrócił się, aby pozostałym komandosom wydać rozkaz: naprzód! W chwili, gdy go wydawał, komandosów poderwała z ziemi potężna eksplozja, w której w oka mgnieniu kilku zginęło. Zanim ci, którzy przeżyli, zdążyli przyjść do siebie, wybuchła druga mina i w morzu pomarańczowych płomieni zaczęły rozrywać się, kosząc drużynę izraelską, setki pojemniczków ze stalowymi kulkami.</p>
<p>Kurakin popędził na drugą stronę ścieżki, chcąc pomóc pozostałym przy życiu żołnierzom. Teraz z północy, z gaju pomarańczowego, otworzono do nich ogień z broni maszynowej. Kula trafiła Kurakina w głowę; zginął na miejscu.<br />
Ali Assad przejeżdżał bramę prowadzącą do gaju pomarańczowego, gdy zdetonowano pierwszą minę. Podmuch uderzył w samochód z prawej strony, obrócił go o 180 stopni i wyrzucił z drogi. Uderzenie było tak silne, że Ali wylądował na tylnym siedzeniu. Siedział przez chwilę ogłuszony, lecz po chwili usłyszał wokół karabiny maszynowe. Wypełzł przez okno, przeskoczył płot i wpadł do gaju pomarańczowego. W dali &#8211; o kilkaset metrów &#8211; widać było światła domów stojących na skraju Lubii. W pierwszym z brzegu domu miał przyjaciół. Pobiegł między drzewami.<br />
Huk pierwszej eksplozji spadł na Aminę Farhat, matkę Galiba, jak grom z jasnego nieba; zerwała się z łóżka i spadła na podłogę. Przerażająco blisko, w odległości zaledwie dwustu metrów, strzelano z broni automatycznej. Zdumiona zastanawiała się, czy znów walczą ze sobą Hezbollah i Amal. To samo przyszło na myśl Kulud, żonie Galiba. Lecz Galib, który w przeszłości bił się w szeregach partii komunistycznej, zdał sobie sprawę, że ta straszna strzelanina to nie potyczka między dwoma rywalizującymi ze sobą ugrupowaniami szyickimi, lecz coś znacznie poważniejszego.<br />
- Obudź dzieci &#8211; rozkazał. Podczas gdy przerażona rodzina chroniła się w sąsiednim domu, w którym mieszkała jego matka, ujrzał przez okno błysk trzeciej eksplozji &#8211; wybuch nastąpił wśród drzew pomarańczowych, od strony północnej.<br />
Ten trzeci wybuch spowodowała kula, która trafiła w materiały wybuchowe niesione przez sapera drużyny, sierżanta Itamara Ilję. Eksplozja rozerwała Ilję na krwawe strzępy i zabiła wokół kilku innych żołnierzy z osaczonego oddziału. Łącznie zginęło jedenastu członków szesnastoosobowej drużyny, a czterech było rannych. Cało wyszedł tylko radiooperator.</p>
<p>Gdy Ali Assad dobiegł do domu swoich przyjaciół, rodziny Abu Dżud, zauważył, że w mieszkaniu palestyńskiej znajomej Samiry Szehade palą się światła. Wchodząc do budynku ujrzał przejeżdżający samochód; jechał do Insariji, w kierunku pola bitwy.<br />
Kierowcą był Husajn Junis, piekarz z Msajli. Z tyłu siedziała Samira Szehade, znajoma Ali Assada, u której w mieszkaniu na parterze nadal opaliły się światła.<br />
Nagle Husajn zauważył tuż przed sobą, po obu stronach drogi, czarne postacie, a następnie pomarańczowe błyski &#8211; żołnierze izraelscy otworzyli ogień do samochodu. Kule podziurawiły przednią szybę obsypując Husajna odłamkami szkła, gdy nurkował na siedzenie dla pasażera.</p>
<p>Samochód pędził przed siebie, a kule z broni maszynowej szarpały ciało. Husajn czuł, jak trafiają go kule. Jedna drasnęła głowę, druga trafiła w ramię, trzecia w plecy. Inne, zwinięty w kłębek na obu siedzeniach, dostał w pośladki i w nogi.<br />
Samochód wypadł z drogi i zatrzymał się na rurze wodociągowej, ale Izraelczycy nadal ostrzeliwali go z odległości zaledwie dwudziestu metrów. Deska rozdzielcza rozpadła się nad jego głową na odłamki drewna, sztucznego tworzywa i szkła. Oszołomiony i strasznie cierpiący postanowił wydostać się z samochodu &#8211; tak, aby Izraelczycy mogli go zastrzelić i przerwać w ten sposób agonię.<br />
Strzelanina ustała, toteż Husajn wyczołgał się przez drzwi kierowcy na drogę.<br />
- Wysiądź &#8211; mruknął do Samiry. Usłyszał jej cichy płacz i stwierdził, że się nie rusza. Nic nie mógł dla niej zrobić. Przemknął przez drogę i schował się w rowie.</p>
<p>Na kutrze oficerowie izraelscy z przerażeniem słuchali rozpaczliwych błagań radiooperatora o pomoc. Było jasne, że wypad zakończył się katastrofą. Podczas gdy wzywano śmigłowce bojowe, aby ewakuowały rannych i zabitych, oficerowie słuchali ze zgrozą odgłosów bitwy, które transmitowane przez radio jednostki, odbijały się echem w pokoju operacyjnym.</p>
<p>Ali Assad dotarł do frontowych drzwi mieszkania swoich przyjaciół palestyńskich &#8211; rodziny Abu Dżud &#8211; i zaczął się dobijać. Podobnie jak rodzina Farhatów w Insariji, Abu Dżudowie myśleli, że walka toczy się między Hezbollahem a Amalem i nie chcieli się w to mieszać.<br />
- Jestem Ali Assad z Lubii, wpuście mnie &#8211; powiedział. Im Ali otworzyła drzwi i do mieszkania wtargnął blady Ali.<br />
- Co tam się stało? &#8211; zapytała, ale Ali nie odpowiedział, bo był w szoku i roztrzęsiony usiadł na krześle.<br />
Husajn Junis był pewien, że umiera. Krew tryskała z uszkodzonej tętnicy na prawym przedramieniu, w którym kula wyżłobiła głęboką ranę. Ścisnął ramię lewą ręką starając się zatamować krew. Oślepiła go krew spływająca z głowy. Wokół słyszał wrzeszczących histerycznie po hebrajsku Izraelczyków. Usiłował usiąść i rozejrzeć się przez gałęzie drzew. Żołnierz izraelski kierował się ku niemu. Husajn zastygł w bezruchu; żołnierz odszedł. Widział jednak, jak inni żołnierze strzelają na wszystkie strony &#8211; nawet w powietrze.</p>
<p>Głuchy odgłos śmigieł zawiadomił rannych, że nadlatuje pomoc. Śmigłowce Cobra szumiały nad głowami; zalewały gaj strugami ognia z broni maszynowej i rakietami starając się stworzyć perymetr ognia, w którym mógłby wylądować śmigłowiec ratunkowy CH-53. Ten siadł w otwartym polu, około stu metrów od drzew.<br />
Przywiózł posiłki z Flotylli 13 i członków medycznej jednostki ewakuacyjnej lotnictwa izraelskiego, znanej jako Jednostka 669. Żołnierze wysiedli tylnymi drzwiami ładowni i podzielili się na dwie grupy. Komandosi morscy zajęli pozycje obronne obok drzew, podczas gdy sanitariusze rozbiegli się po terenie, na którym wybuchły miny, i zaczęli znosić do śmigłowca rannych i zwłoki.</p>
<p>Ogień z broni maszynowej bojowników ruchu oporu ustał. Zadanie załóg śmigłowców było jednak skomplikowane z powodu ciężkiego ostrzału z broni przeciwlotniczej przez stacjonujące w okolicy jednostki armii libańskiej.<br />
Husajowi robiło się zimno. Nie mógł poruszyć lewą nogą. Śmigła helikopterów poderwały kurz i śmieci z wysypiska rozrzucając je na drodze. Widział, jak na polu po lewej ląduje duży śmigłowiec i z tyłu wyskakują żołnierze. Inny śmigłowiec wylądował po prawej, po drugiej stronie ogrodzenia, na polanie obok gaju pomarańczowego. Spojrzał na zranioną lewą nogę. Szczur zlizywał krew płynącą z ran.</p>
<p>Dzieci Galiba wrzeszczały. Kulud zaproponowała mężowi, aby rodzina ukryła się w gaju pomarańczowym za domem. Galib powiedział jednak, że bezpieczniej będzie schronić się w centrum wsi.<br />
Otoczony rodziną wyprowadził ją z domu. Kulud krzywiła się, ilekroć nocne niebo rozświetlały eksplozje i ogień broni maszynowej. Pośród ogłuszającego hałasu następowały chwile ciszy. Bała się, że Izraelczycy usłyszą odgłos pantofli córki i otworzą do nich ogień.</p>
<p>Członkowie Jednostki 699 mieli do wykonania straszne zadanie. Po niektórych komandosach pozostały strzępy. Sanitariusze musieli jednak przestrzegać zwyczaju żydowskiego i zebrać zwłoki każdej osoby. Podczas gdy żołnierze izraelscy wykonywali swoje budzące grozę zadanie, w pobliżu zaczęły wybuchać pociski z moździerzy Hezbollahu.<br />
Jednak bezpośredni ogień z karabinów maszynowej ustał. Ratownicy byli pewni, że brakuje dwóch ciał i choć przetrząsali w ciemnościach teren, nie mogli ich znaleźć. Nie zdawali sobie sprawy, że szczątki jednego z brakujących komandosów są już na pokładzie CH-53. Szczątki innego komandosa, sierżanta Ilji, na którym eksplodował od kuli materiał wybuchowy, były rozrzucone na polu walki.</p>
<p>Bez przerwy spadały pociski z moździerzy Hezbollahu i to one spowodowały ostatnią ofiarę. Od wybuchu pocisku zginął towarzyszący ekipie ratowniczej lekarz w stopniu majora. O 4.30, w cztery godziny od chwili, gdy rozpoczął się bój, ostatnie śmigłowce izraelskie odleciały na południe.</p>
<p>Gdy Izraelczycy odlatywali, Husajn Junis był jeszcze przytomny. Po kilku godzinach zamieszania i zgiełku nagła cisza budziła lęk. Stracił dużo krwi i było mu zimno. Nie bacząc na cierpienie, o jakie przyprawiały go kontuzjowane i pozrywane mięśnie, wypełzł z rowu i powlókł się do samochodu. Asfalt na drodze był zimny jak pokrywa śnieżna. W samochodzie, poza zasięgiem wiatru, było nieco cieplej. Samira leżała z tyłu na podłodze, twarzą w dół. Dla Husajna było jasne, że nie żyje.</p>
<p>Słysząc głosy nadchodzących ludzi, wyjrzał przez rozbitą przednią szybę i ujrzał dwóch mężczyzn, którzy szli w kierunku pola walki. Przywołał ich i po raz pierwszy od chwili, w której wjechał w sam środek strzelaniny, pomyślał, że mimo wszystko może przeżyć.</p>
<p>Galib Farhat udał się na pole walki, gdy wschodziło słońce rozgrzewając poranne powietrze. Płonął rząd sosen i dym wzbijał się ku blademu niebu. Na ziemi leżały trzy zerwane gałęzie, przysypane śmieciami z wysypiska. Wokół miejsca, w którym wybuchły dwie miny drogowe, leżały porozrzucane sztuki broni i odzieży, nieprzemakalne okrycia, hełmy i płetwy &#8211; pozostałość po Izraelczykach. Wśród śladów po strzelaninie rzucały się w oczy kawałki ludzkiego mięsa &#8211; tu kość szczękowa, tam kupka białego mózgu. Gdy Galib spojrzał na drzewo, ujrzał zwisający z gałęzi ludzki skalp. Inne, nie dające się zidentyfikować, kawałki ludzkiego ciała leżały na ziemi &#8211; przypominają mielone mięso, pomyślał z wisielczym humorem Galib.</p>
<p>Poznał stojący przy drodze samochód &#8211; należał do jego przyjaciela Husajna Junisa. W samochodzie nie było śladu po właścicielu, natomiast na tylnym siedzeniu leżało ciało kobiety. Rozpoznał w niej Samirę Szehade &#8211; Palestynkę, która mieszkała w dół drogi.</p>
<p>Teraz, razem z żołnierzami, cywilami i reporterami, ściągali tu w t-shirtach i jeansach bojownicy ruchu oporu ściskający w garściach pistolety maszynowe. Nad ich głowami latał izraelski samolot rozpoznawczy, który filmował krwawe pobojowisko, podczas gdy saperzy z armii libańskiej szukali w okolicy niewybuchów min drogowych.<br />
W ponurym geście, który odzwierciedlał horror pola bitewnego, uśmiechnięty bojownik podniósł wysoko, na znak triumfu, pokiereszowaną głowę sierżanta Ilji.<br />
Nieudany wypad komandosów morskich na Insariję zakończył się śmiercią dwunastu żołnierzy elitarnej jednostki armii izraelskiej &#8211; pod Insariją poniosła ona najcięższe jednodniowe straty od 1985 r. Na domiar złego, do zasadzki doszło dokładnie w dziewięć godzin po tym, jak trzej partyzanci z Hamasu wysadzili się w powietrze na tłumnej ulicy w Jerozolimie, powodując śmierć siedmiu i raniąc około setki cywilów.<br />
Izraelski premier Beniamin Netanjahu, który sam był kiedyś komandosem, określił wypad jako &#8220;jedną z najgorszych tragedii, jakie kiedykolwiek się nam przydarzyły&#8221;.</p>
<p>Wśród nieuchronnych w takich sytuacjach wzajemnych oskarżeń, wysuwanych po stronie izraelskiej, padły pytania, które pozostały bez odpowiedzi. Czy Hezbollah wiedział, że zjawią się komandosi? Czy może po to, aby wciągnąć komandosów w pułapkę, za pośrednictwem podwójnego agenta przekazał Izraelczykom jakąś fałszywą informację?<br />
Ciągle nie wiadomo, jaki był cel wypadu. Spekulowano, że celem miał być szajch Abdel Amir Kalaban, wiceprzewodniczący Najwyższej Rady Szyickiej. Okoliczni mieszkańcy twierdzili, że czwartkową noc spędził we wsi jeden z czołowych przywódców Hezbollahu i że Izraelczycy mogli planować jego porwanie.<br />
Komisja armii izraelskiej, która badała sprawę, podała, że komandosi padli ofiarą zasadzki zastawionej przypadkowo przez partyzantów. Przez następne osiemnaście miesięcy dochodzenie prowadziły dwie inne komisje armii, a także oddzielnie komisja parlamentarna. Żadna nie doszła do przekonujących wniosków.</p>
<p>Hezbollah zachował milczenie &#8211; chodziło o to, aby Izraelczycy rozpływali się w domysłach. W trzy lata po wypadzie i w trzy miesiące po opuszczeniu południowego Libanu przez Izraelczyków, komendant Hezbollahu na południu, szajch Nabil Kauk, ciągle nie jest skłonny ujawnić prawdy o tym boju.<br />
- Za wcześnie na ujawnianie tajemnic boju pod Insariją. Izraelczycy wiedzą, że Hezbollah był poinformowany o operacji, ale nie wiedzą, w jaki sposób. Powiem tylko, że nasza obecność nie była tam wynikiem zbiegu okoliczności &#8211; powiedział Kauk w rozmowie z Daily Star.</p>
<p>Ze zwycięstwa na polu walki Hezbollah uczynił cios propagandowy i skapitalizował troskę Izraelczyków o szczątki komandosów, które następnie zwrócono Izraelowi w zamian za ciała bojowników ruchu oporu i więźniów z ośrodka więziennego w Chiam.<br />
Hezbollah otworzył stronę internetową, na której umieścił zdjęcia szczątków co najmniej trzech różnych komandosów, choć armia izraelska powiedziała krewnym zabitych żołnierzy, że nie udało się odzyskać jedynie szczątków sierżanta Ilji.</p>
<p>Być może klucza do wyjaśnienia zagadki obecności dużej liczby bojowników ruchu oporu w okolicy należy szukać we wcześniejszych operacjach komandosów izraelskich. 4 sierpnia w nocy na peryferiach wsi Kfur, 16 km na wschód od Insariji, wylądowała przerzucona śmigłowcem drużyna komandosów z brygady &#8220;Golani&#8221;. Zauważyli ją miejscowi bojownicy Hezbollahu i doszło do dwugodzinnego boju, zakończonego wycofaniem się Izraelczyków. Tuż po świcie od potrójnej eksplozji min drogowych zginęło pięciu bojowników Hezbollahu, w tym dwóch wyższych dowódców. Miny zastawili komandosi, a zdetonował je latający nad okolicą izraelski bezzałogowy samolot rozpoznawczy. Mimo atmosfery tajemniczości, jaką wokół boju pod Insariją roztoczył Hezbollah, być może najdokładniej o towarzyszących jej okolicznościach opowiedział na konferencji prasowej, która odbyła się tego samego dnia, sekretarz generalny tej partii &#8211; sajjid Hassan Nasrallah. Powiedział mianowicie, że po operacji izraelskiej w Kfur, spodziewając się nowych wypadów komandosów, na całym południu kraju rozmieszczono bojowników uzbrojonych w miny drogowe.<br />
- Czuwający nocami bojownicy są w większości miasteczek i wsi; wyposażeni w pułapki, karabiny i moździerze czekają na Izraelczyków &#8211; powiedział Nasrallah.</p>
<p>Niezależnie od tego, jaka jest prawda, ten bój był punktem zwrotnym w okupacji Libanu przez Izrael. W obliczu coraz większych strat ponoszonych przez żołnierzy izraelskich i narastających apeli izraelskiej opinii publicznej o wycofanie armii z Libanu, ówczesny minister wojny, Icchak Mordechaj, polecił zbadać sytuację strategiczną na południu tego kraju. W październiku posterunki izraelskie umocniono żelazobetonem i ograniczono patrole. Zaniechano operacji komandosów, polegających na przenikaniu w głąb Libanu; nadal trwały tylko ograniczone rajdy na skraju strefy okupacyjnej.<br />
Dziś droga z Insariji do Lubii to po prostu jeszcze jeden spokojny zakątek na południu kraju.<br />
Śmieci nadal wyrzuca się przy drodze. Ogołocone przez ogień maszynowy ze śmigłowców sosny wycięto. Jeśli jednak przyjrzymy się uważnie bramie prowadzącej do gaju pomarańczowego, to obok pary stalowych rur wodociągowych znajdziemy dwie dziurki w ziemi &#8211; to tam wybuchły miny. Naprzeciwko każdej z tych dziur wbite są w rury spłaszczone resztki dziesiątków stalowych łożysk kulkowych &#8211; lotek, w które były wyposażone miny.<br />
Na okolicznych drzewach, w miejscach, w których miny i kule z karabinów maszynowych pozrywały gałęzie, nadal sterczą połamane kikuty. Poza tym, niewiele jest już śladów jednego z najbardziej zażartych bojów ruchu oporu z armią izraelską.</p>
<p><strong>Nicholas Blanford</strong></p>
<p>* 5 września 1997 r. w zasadzce zastawionej przez partyzantów z Islamskiego Ruchu Oporu pod wsią Insarija na południe od Sajdy w Libanie zginęło dwunastu izraelskich komandosów morskich. Według danych urzędowych ogólna liczba poległych żołnierzy izraelskich wzrosła wówczas do 864. Rozgromienie całej drużyny należącej do jednostki elitarnej wstrząsnęło społeczeństwem izraelskim i zmusiło wojskowych do zrewidowania polityki izraelskiej na południu Libanu. W trzecią rocznicę zwycięstwa ruchu oporu pod Insariją, na podstawie opublikowanych relacji i wywiadów z naocznymi świadkami, Nicholas Blanford odtworzył na łamach bejruckiego dziennika The Daily Star dramatyczny przebieg tego przełomowego boju. (red.)</p>
<p>Tekst ukazał się w &#8220;Rewolucji&#8221;</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/zasadzka-pod-insarija/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Ewolucja taktyki bojowej Hezbollahu</title>
		<link>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/ewolucja-taktyki-bojowej-hezbollahu/</link>
		<comments>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/ewolucja-taktyki-bojowej-hezbollahu/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 20:53:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>aneta</dc:creator>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Hezbollah]]></category>
		<category><![CDATA[Liban]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kampania-palestyna.pl/?p=755</guid>
		<description><![CDATA[Hezbollah, ruch partyzancki, który zmusił Izrael do opuszczenia skrawka południowego Libanu, okupowanego przez 22 lata, rozrósł się z małej, amatorskiej grupy zbrojnej w ruch zdolny do bardzo wyrafinowanych operacji taktycznych i do korzystania z nowego oręża nowoczesnej wojny &#8211; telewizji. &#8220;Posłużenie się mediami jako orężem przynosi skutek porównywalny ze zwycięską bitwą&#8221;, powiedział wysokiej rangi komendant [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Hezbollah, ruch partyzancki, który zmusił Izrael do opuszczenia skrawka południowego Libanu, okupowanego przez 22 lata, rozrósł się z małej, amatorskiej grupy zbrojnej w ruch zdolny do bardzo wyrafinowanych operacji taktycznych i do korzystania z nowego oręża nowoczesnej wojny &#8211; telewizji. &#8220;Posłużenie się mediami jako orężem przynosi skutek porównywalny ze zwycięską bitwą&#8221;, powiedział wysokiej rangi komendant Hezbollahu, szajch Nabil Kauk, udzielając wywiadu dziennikarzowi zachodniemu &#8211; co przywódcy tej organizacji rzadko czynią.</p>
<p>Niezwykle szczegółowo opowiedział, jak Hezbollah nauczył się działać coraz skuteczniej, wypracowywać coraz lepszą strategię i posługiwać się coraz bardziej skomplikowaną bronią &#8211; oraz jak filmować swoje sukcesy i kolportować kasety wideo w mediach. &#8220;Za pośrednictwem tych filmów byliśmy w stanie zdalnie sterować morale mnóstwa Izraelczyków&#8221;, powiedział podkreślając, że utrata morale przez Izraelczyków pomogła przegonić ich z południowego Libanu w takiej samej mierze, co klęska na polu walki.</p>
<p>Ongiś, obok samobójczych ataków nastolatków, którzy w wypełnionych materiałem wybuchowym samochodach rzucali się na instalacje izraelskie, taktyka Hezbollahu polegała głównie na zasadzkach, zabójstwach i eksplodowaniu min drogowych. Jak jednak stwierdzają obserwatorzy wojskowi w tym regionie, z biegiem czasu cechowało ją coraz lepsze planowanie i wykonawstwo.</p>
<p>Punktem zwrotnym była we wrześniu 1997 r. zasadzka, w którą podczas rajdu wpadł elitarny oddział izraelskich komandosów morskich; zginął ich tuzin. Jak mówi szajch &#8211; a potwierdzają to zachodni obserwatorzy wojskowi &#8211; najpierw Izraelczycy wstrzymali takie rajdy na rok, starając się ustalić, jakie były przyczyny tej porażki, a następnie Hezbollah rozpuścił pogłoski, że przeniknął do wywiadu izraelskiego, co spowodowało dalsze wstrzymanie przeciwpowstańczych operacji izraelskich.</p>
<p>Skutkiem było zepchnięcie Izraelczyków do bunkrów, toteż teren i inicjatywa przeszły w ręce Hezbollahu. Jego uderzenia uległy nagłośnieniu, ponieważ rejestrowali je ukryci kamerzyści Hezbollahu, a kasety szybko docierały do telewizji izraelskiej &#8211; nieraz w tej samej chwili, w której rzecznik armii izraelskiej zaprzeczał, że dany incydent miał miejsce. W rezultacie zadziałał czynnik nazywany przez wojskowych &#8220;mnożnikiem siły&#8221;, który w wielkiej mierze zachwiał wolą walki Izraelczyków.</p>
<p>&#8220;75% swoich działań wojennych Hezbollah stoczył przy użyciu kaset wideo&#8221;, powiedział doświadczony oficer stacjonujących na tym terenie sił pokojowych ONZ. Kasety czym prędzej ekspediowano do Bejrutu, gdzie kopie dostarczano telewizji libańskiej i takim zachodnim agencjom prasowym, jak Associated Press i Reuters, za pośrednictwem których były szeroko dostępne. Najpierw pokazywała je jednak stacja telewizyjna samego Hezbollahu.<br />
Filmy wideo często pokazywano w Izraelu w wieczornych wiadomościach telewizyjnych, co sprzyjało przenoszeniu kosztów okupacji do domu. Ogromnie kontrastowały one z tym, co standardowo serwowali izraelscy reporterzy wojskowi, których materiały podlegały surowym restrykcjom i cenzurze armii. Często zamazane i ziarniste filmy Hezbollahu przyczyniły się do wzmożenia przez opinię publiczną w Izraelu presji, aby wojsko wróciło do domu.<br />
Kasety na nic by się jednak nie zdały, gdyby z biegiem czasu &#8211; trwało to długie lata &#8211; Hezbollah nie rozwinął swoich umiejętności zbieranie informacji wywiadowczych i nie podniósł kwalifikacji bojowych. &#8220;Gdy zaczynali, wydawało im się, że wygrają, zbierając na wzgórzu gromadę ludzi wołających Allahu akbar&#8221;, powiedział o bojownikach Hezbollahu stacjonujący w rejonie oficer ONZ. &#8220;W jednej operacji potrafili stracić 40 ludzi. Teraz działają w sposób bardzo wyrafinowany i zdyscyplinowany.&#8221;</p>
<p>Szajch Kauk stwierdził w wywiadzie, że partyzanci byli w stanie podnieść skuteczność swoich działań, ponieważ studiowali każdą operację, uczyli się na błędach i zdobywali doświadczenie w posługiwaniu się bronią. Wskazał również, że w celu pokrzyżowania szyków liczniejszym i lepiej wyposażonym wojskom izraelskim stosowali metody, które czasami pozostawały na niebywale niskim poziomie technicznym. &#8220;Ruch oporu zawsze skupiał swoją uwagę na słabych punktach nieprzyjaciela&#8221;, powiedział wykładając zasady klasycznej teorii i praktyki wojny partyzanckiej.<br />
Eksperci wojskowi mówią, że Hezbollah zawsze miał na swoim stanie nie więcej niż 500 stałych bojowników, choć mógł zmobilizować dużo więcej zwolenników. Wojska izraelskie w południowym Libanie liczyły na ogół 1500 żołnierzy wspieranych przez 2500 kolaborantów &#8211; żołnierzy milicji libańskiej, która rozpadła się i rozpierzchła, gdy 24 maja 2000 r. Izraelczycy wzięli nagle nogi za pas. Działacze Hezbollahu twierdzą, że w ciągu długich lat walki stracili 1500 bojowników; w miejscach, w których oni polegli, stawia się teraz żółte znaki drogowe. Zginęły również setki żołnierzy izraelskich.</p>
<p>Szajch Kauk wyjaśnił, że Hezbollah toczył wojnę dwojakiego rodzaju &#8211; partyzancką i konwencjonalną. Przechodząc od jednej do drugiej był w stanie utrzymać inicjatywę; po starciu bojownicy rozpraszali się wśród ludności, która w większości z nimi sympatyzowała. &#8220;Ograniczając rozmach starć mogliśmy trzymać atuty w ręku&#8221;, powiedział szajch. &#8220;Potrafiliśmy staczać małe, niewielkie bitwy, podczas których mieliśmy przewagę. Nawet rakiet, którymi posługiwał się ruch oporu, należało używać inteligentnie. Akcje przeprowadzaliśmy tak, że wybór miejsca i czasu zapewniał im odpowiednią skuteczność.&#8221;</p>
<p>Szajch i obserwatorzy wojskowi przytaczają wiele innowacji, jakie wprowadził Hezbollah &#8211; od min drogowych, robionych z plastikowych imitacji głazów, które w Bejrucie można nabyć w sklepach ogrodniczych za 15 dolarów, po puszczanie zwierząt hodowlanych na tereny monitorowane przez izraelskie czujniki ruchu. Jednocześnie Hezbollah potrafił blokować izraelskie radary i monitoringi.<br />
Szajch opowiedział, jak Izraelczycy przez wiele miesięcy szukali starego radzieckiego czołgu T-55, który nigdy nie jeździł i był nie do wykrycia przez izraelskie czujniki ciepła, bo ukryto go w grocie i strzelano z niego sporadycznie. Bojownicy Hezbollahu odkryli, że elektronicznie kierowane rakiety przeciwczołgowe, którymi można sterować w locie, da się kierować na małe otwory w betonowych bunkrach. &#8220;Nie wiedział o tym nawet ten, kto wymyślił te rakiety&#8221;, chwalił się szajch Kauk. Z uśmiechem na ustach odmówił odpowiedzi na pytanie, czy Hezbollah posiada amerykańskie rakiety TOW &#8211; celniejsze od starych saggarów, którymi się posługiwał.<br />
Przede wszystkim &#8211; mówił szajch &#8211; on i jego bojownicy &#8220;zawsze byli gotowi do męczeństwa&#8221;, podczas gdy żołnierz izraelski &#8220;prawdopodobnie nie był gotów umierać&#8221;. &#8220;Ważniejsze niż cokolwiek&#8221;, powiedział, &#8220;jest to, że nie wierzył, iż tę wojnę można wygrać.&#8221; Podkreślił również znaczenie dobrej siatki wywiadowczej.</p>
<p>Skuteczności tej siatki dowiodła 28 lutego 1999 r. śmierć gen. Ereza Gersteina, wysokiego izraelskiego oficera łącznikowego przy milicji kolaboracyjnej; jadąc samochodem w konwoju wojskowym zginął on w wyniku eksplozji miny drogowej. Był to najwyższy rangą oficer izraelski zabity w okupowanym Libanie. Z kolei 30 stycznia 2000 r. zginął drugi według starszeństwa oficer milicji, płk Akl Haszem &#8211; bomba wybuchła u niego w domu w Mardżejun.</p>
<p><strong>John Kifner</strong></p>
<p>Artykuł ten ukazał się w dzienniku The New York Times z 19 lipca 2000 r.</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/ewolucja-taktyki-bojowej-hezbollahu/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Droga Hezbollahu do zwycięstwa nad okupantem izraelskim</title>
		<link>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/droga-hezbollahu-do-zwyciestwa-nad-okupantem-izraelskim/</link>
		<comments>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/droga-hezbollahu-do-zwyciestwa-nad-okupantem-izraelskim/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 09 Feb 2010 20:39:53 +0000</pubDate>
		<dc:creator>aneta</dc:creator>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Hezbollah]]></category>
		<category><![CDATA[Liban]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kampania-palestyna.pl/?p=751</guid>
		<description><![CDATA[Punkt widzenia Instytutu Współczesnej Myśli Islamskiej
I
Sromotna ucieczka Izraela z południowego Libanu pod naporem bezlitosnych i zdeterminowanych ataków Islamskiego Ruchu Oporu zwróciła uwagę na libański Hezbollah, który stał na czele tego nieustraszonego i zwycięskiego ruchu. To, że media zachodnie wyciszyły zwycięstwo Hezbollahu nad okupantami syjonistycznymi, jest zrozumiałe. W końcu Izrael jest częścią Zachodu; w rzeczywistości upokarzająca [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Punkt widzenia Instytutu Współczesnej Myśli Islamskiej</p>
<p>I</p>
<p>Sromotna ucieczka Izraela z południowego Libanu pod naporem bezlitosnych i zdeterminowanych ataków Islamskiego Ruchu Oporu zwróciła uwagę na libański Hezbollah, który stał na czele tego nieustraszonego i zwycięskiego ruchu. To, że media zachodnie wyciszyły zwycięstwo Hezbollahu nad okupantami syjonistycznymi, jest zrozumiałe. W końcu Izrael jest częścią Zachodu; w rzeczywistości upokarzająca klęska syjonistów jest klęską samego Zachodu. Jak jednak wyjaśnić niemal zupełne milczenie mediów muzułmańskich? Dlaczego tak niewielu muzułmanów świętowało to wielkie zwycięstwo islamu, a co więcej &#8211; dlaczego było tak niewiele analiz tego zwycięstwa? Przecież lekcje wynikające z doświadczenia Hezbollahu są użyteczne dla innych środowisk ruchu islamskiego, które stawiają u siebie czoło syjonistom.</p>
<p>Pierwsza rzecz, która w związku z tym rzuca się boleśnie w oczy, to słabość mediów muzułmańskich. Poza Crescent International i afiliowanymi do niego &#8211; czy to drukowanymi, czy internetowymi &#8211; mediami ukazało się niewiele prób wyjaśnienia, dlaczego i jak Hezbollahowi udało się tam, gdzie inni ponieśli fiasko. Przytłaczająca większość mediów w świecie muzułmańskim zależy od zachodnich źródeł informacji, toteż po prostu odzwierciedlają one priorytety i poglądy Zachodu; dlatego praktycznie zignorowały zwycięstwo Hezbollahu. Lecz swoją rolę odegrała również nękająca światową społeczność muzułmańską plaga nacjonalizmu. Szczególnie było to widoczne w świecie arabskojęzycznym, w którym ogromny sukces Islamskiego Ruchu Oporu przedstawiano jako zwycięstwo &#8220;arabskie&#8221; &#8211; tak, jakby Hezbollah walczył po sztandarem arabizmu. Jeśli chodzi natomiast o wypowiedź Jasera Arafata, że &#8220;wycofanie się&#8221; Izraela odzwierciedla pragnienie pokoju, jakie żywią przywódcy syjonistyczni, to zasługuje ono jedynie na wzgardę!<br />
A więc &#8211; czym jest Hezbollah? Czym naprawdę jest ta bęte noire Zachodu, ten architekt klęski Zachodu w Libanie? Chcąc zrozumieć, czym jest Hezbollah i skąd wzięły się jego niezwykłe sukcesy, należy wniknąć w złożoność ewoluującego ruchu islamskiego, który sercom i umysłom wielu Libańczyków &#8211; w tym największego segmentu narodu libańskiego &#8211; pomógł zaszczepić poczucie misji. Celem zarysowania jasnego obrazu historycznego Hezbollahu należy odbyć drogę prowadzącą od płynnego skupiska aktywistycznie nastawionych jednostek i małych grup ożywianych islamskim zapałem rewolucyjnym i zdecydowanych sprostać wstrząsowi, jaki stanowił najazd izraelski na Liban w czerwcu 1982 r., do dojrzałej, dynamicznej, szerokiej i wielostronnej organizacji politycznej, wyróżniającej się niezwykłą inteligencją polityczną, wybitnymi zdolnościami organizacyjnymi i mobilizacyjnymi, umiejętnością budowania koalicji i &#8211; co najważniejsze &#8211; wysokimi kwalifikacjami w dziedzinie strategii i taktyki.<br />
<strong><br />
JAK POWSTAŁ HEZBOLLAH</strong></p>
<p>Początki Hezbollahu sięgają najazdu Izraela na Liban. W pierwszych dniach inwazji Iljas Sarkis, ówczesny prezydent tego państwa, utworzył sześcioosobowy Komitet Ocalenia Narodowego &#8211; rzekomo po to, aby zajął się on skutkami inwazji izraelskiej i działał na rzecz pojednania narodowego. Decyzja przewodniczącego Amalu1, Nabiha Berriego, o wzięciu udziału w posiedzeniach tego komitetu razem z prosyjonistycznym falangistowskim dowódcą wojskowym Baszirem Dżumajjilem, wywołała falę protestów szeregowych członków tego ruchu, która m.in. znalazła wyraz w licznych rezygnacjach z członkostwa. Dysydenci z Amalu patrzyli również krzywo na to, że komitet zbierał się w pałacu prezydenckim Ba&#8217;abda, który znajdował się w strefie okupowanej. Większość rezygnacji złożyły elementy religijne i kadry, które działały w łonie Amalu z nadzieją, że przekształcą go w ruch islamski zaangażowany w stworzenie w Libanie państwa islamskiego. Wśród tych, którzy zrezygnowali, było kilku członków dwudziestopięcioosobowej Rady Kierowniczej Amalu, w tym hadżdż Ali Ammar, hadżdż Husajn Chalil i wiceprzewodniczący Husajn Musawi, który po rozłamie utworzył swoje własne ugrupowanie &#8211; Amal Islamski2. Wśród działaczy, którzy opuścili Amal, byli również tacy członkowie Biura Politycznego, jak sajjid Hassan Nasrallah, obecnie sekretarz generalny Hezbollahu.<br />
Połączyli się oni z wieloma innymi aktywistami, którym przewodzili głównie absolwenci szkoły religijnej w An-Nadżafie3 w Iraku, a wśród nich uczniowie nieżyjącego już ajatollaha Muhammada Bakira as-Sadra. Reprezentowali oni szeroki nurt, który powstał w latach siedemdziesiątych i dystansował się od działalności sajjida Musy as-Sadra &#8211; założyciela Amalu. Ci, którzy znaleźli się poza ruchem sajjida Musy, w większości odrzucali &#8220;celowość&#8221; libańskiego państwa narodowego, któremu przysiągł on wierność. Inni należeli do irackiej partii Daawa4 &#8211; niektórzy z nich wstąpili do tej partii podczas pobytu na studiach religijnych w Iraku i teraz brali udział w podziemnej działalności jej gałęzi libańskiej. Wielu libańskich działaczy partii Daawa było również aktywnych w Libańskim Związku Studentów Muzułmańskich, który działał pod duchowym patronatem ajatollaha sajjida Muhammada Husajna Fadlallaha.<br />
Inna grupa działaczy radykalnych była zorganizowana w Islamskich Komitetach Działania. Komitety te utrzymywały ścisłe związki z palestyńskim ruchem Al-Fatah [Jasera Arafata] i z rewolucjonistami irańskimi, którzy w latach siedemdziesiątych prowadzili w Libanie działalność wymierzoną w reżim szacha w Iranie. Należeli do nich głównie działacze studenccy idący w ślady idei rewolucyjnych ajatollaha Ruhollaha Chomejniego, ale brakowało im kierownictwa miejscowego wybitnego alima [uczonego islamskiego]. Niektórzy z nich szukali takiego kierownictwa u sajjida Haniego Fahsa &#8211; młodego alima ze wsi Dżibszit w południowym Libanie, który był znany ze swoich płomiennych polemik z lewicą libańską, krytyki literackiej, eleganckiego stylu literackiego i eksperymentowania z jedynymi w swoim rodzaju islamskimi gatunkami literackimi.</p>
<p>Ta luźna koalicja, utrzymująca ścisłe związki z islamskim Iranem, uzyskała kierownictwo, pomoc i szkolenie ze strony setek członków Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej, których przysłano z Iranu do Libanu, aby pomogli w tworzeniu ruchu oporu wobec okupanta. Przekucie szerokiego spektrum ideologicznego uczestników tej koalicji w spójny, zwarty, dobrze zintegrowany, ponadfrakcyjny ruch polityczny świadczy o dużych umiejętnościach przekonywania i zdolnościach organizacyjnych.<br />
Ze względu na wyznaniową naturę Libanu, która wynikała ze sztucznego podziału społeczeństwa, dokonanego przez kolonialistów francuskich, Hezbollah musiał walczyć nie tylko z Izraelczykami. W kraju panowała chrześcijańska mniejszość maronicka, podczas gdy większość muzułmańska była podzielona na sunnitów i szyitów, a ponadto obejmowała również druzów. Wszędzie grasowały hordy agentów izraelskich. W latach siedemdziesiątych Liban przeżył już krwawą wojnę domową, w której zginęły dziesiątki tysięcy ludzi. Nawet szyici byli podzieleni &#8211; milicja Amalu rościła sobie pretensje do miana kierownictwa społeczności szyickiej i była wrogo nastawiona do Hezbollahu. W takiej koszmarnej sytuacji zaczął działać Hezbollah.<br />
<strong><br />
PRZEBUDZENIE POLITYCZNE SPOŁECZNOŚCI SZYICKIEJ</strong></p>
<p>Początkowo ta koalicja, ucieleśniająca nowe przebudzenie polityczne społeczności szyickiej w Libanie, pozostała w dużej mierze niezauważona. Później, w końcu 1982 r., rząd prezydenta Amina Dżumajjila zaaresztował grupę aktywistów islamskich, w tym wielu alimów, których oskarżył o zakładanie struktur nazwanych przezeń &#8220;komórkami chomejnistowskimi&#8221;. Był to znak, że koalicja rozrasta się jako spójny ruch polityczny.<br />
Szczególnie jeden incydent przyczynił się do powstania ruchu oporu w ścisłym tego słowa znaczeniu. 17 października 1983 r. 50 tysięcy osób brało udział w obchodach Aszury w mieście Nabatija, gdy wtargnęły tam izraelskie czołgi i samochody pancerne; zerwały one obchody zabijając dwie osoby i raniąc piętnaście. Przerwanie procesji Aszury wywołało ogromny resentyment wśród zgromadzonych tam ludzi, u których ładunek emocji już i tak był silny z powodu święta religijnego.</p>
<p>Syjoniści zareagowali na gniew ludu ze swoją zwyczajową brutalnością. Nie tylko sterroryzowali mieszkańców Nabatiji, ale również zaciągnęli wokół południowego Libanu żelazną kurtynę, aby ukarać ludność i zmusić ją do uległości. Gdy na polach dojrzały warzywa i owoce &#8211; główne pożywienie mieszkańców południa kraju &#8211; syjoniści napadli na wsie zabijając, bijąc i upokarzając ludzi. Jedną z ich taktyk terrorystycznych było mieszanie różnych rodzajów ziaren, dodawanie do nich nieczystości i błota i dolewanie nafty do oleju jadalnego. Inną było niszczenie meczetów i darcie egzemplarzy Koranu &#8211; wszystko to miało złamać ducha oporu. Ta taktyka okazała się skuteczna w stosunku do arafatowskich partyzantów palestyńskich przed ich wypędzeniem z Libanu w 1982 r. W latach siedemdziesiątych, po każdej operacji ludzi Arafata, syjoniści atakowali wsie libańskie. Ich represje i brutalność wywołały wśród tamtejszej ludności poważne resentymenty wobec arafatowców.</p>
<p>Gdy już koalicja ugrupowań islamskich zaczęła ufać we własne siły, uzyskała doświadczenie organizacyjne i rozrosła się (pozyskując głównie niezadowolonych członków Amalu), postanowiła wystąpić publicznie na libańskiej scenie politycznej. Pierwszymi oznakami jej istnienia były liczne drobne ataki z bronią w ręku oraz masowe wiece i protesty przeciwko okupacji kraju. W starciach z uzbrojoną po zęby i o wiele bardziej doświadczoną izraelską machiną wojskową bojownicy ponosili liczne straty. Sam ruch oporu miał jeszcze sporadyczny charakter i po prostu reagował na brutalność Izraelczyków.</p>
<p>Jesienią 1983 r. na południowych przedmieściach Bejrutu bojownicy Hezbollahu wzięli udział w walkach z kontyngentami armii libańskiej i jej sojuszników-falangistów. Zaatakowali również żołnierzy amerykańskiej piechoty morskiej stacjonujących jako część Sił Wielonarodowych wokół lotniska bejruckiego.<br />
W tym czasie syjoniści chcieli całkowicie opanować południe kraju. Zaczęli eliminować lub wypędzać tych, którzy odgrywali role kierownicze &#8211; alimów, nauczycieli i ludzi wolnych zawodów. Ich pierwszą głośną ofiarą był szajch Rageb Harb, imam Dżibszitu, zamordowany 12 lutego 1984 r. przez agentów izraelskich. Wielokrotnie przepowiadał on: &#8220;Izrael przeleje moją krew i mnie zabije.&#8221; Wkrótce po jego śmierci szukająca okazji do męczeństwa młodzież zaczęła przypuszczać na wojska okupacyjne ataki przy pomocy wyładowanych materiałem wybuchowym ciężarówek. Kontrolowane przez syjonistów media zachodnie natychmiast napiętnowały te ataki jako zamachy &#8220;samobójcze&#8221;, starając się zdelegitymizować Islamski Ruch Oporu w oczach szerszej społeczności muzułmańskiej. W krajach Bliskiego Wschodu do tego wymierzonego w Hezbollah chóru propagandowego przyłączyło się wielu nadwornych alimów. Nie sposób było jednak zaprzeczyć, że takie operacje przynoszą uszczerbek mitycznej przewadze syjonistów &#8211; na własnej skórze zaczęli oni czuć żar ruchu oporu.<br />
<strong><br />
PRZEWLEKŁY RUCH OPORU</strong></p>
<p>Hezbollah oficjalnie ogłosił swoje istnienie 16 lutego 1985 r., gdy na wiecu w husajniji5 w Asz-Szajji, na przedmieściu południowego Bejrutu, podał do wiadomości publicznej program polityczny; zgromadzenie to zwołano w pierwszą rocznicę męczeństwa szajcha Rageba Harba. W programie tym scharakteryzowano Hezbollah jako szeroki ruch (&#8220;ummę [społeczność] związaną z ogólnoświatową społecznością muzułmańską&#8221;), a nie jako partię polityczną. Wśród określonych w programie celów ruchu, na pierwszym miejscu figurowało położenie kresu syjonistycznej okupacji części Libanu, przy czym zaznaczono, że będzie to &#8220;krok na drodze prowadzącej do unicestwienia Izraela i uwolnienia świętej Jerozolimy od cierpień okupacji&#8221; oraz ustanowienia państwa islamskiego.</p>
<p>Późniejsze wydarzenia dowiodły, że zaangażowanie Hezbollahu w wyzwolenie południa kraju nie było jedynie retoryką w rodzaju tej, jaka przez wiele dekad przeważała w świecie arabskim. Hezbollah szybko zaczął odgrywać poważną rolę w atakach na okupantów izraelskich i ich kolaborantów libańskich. Oczywiście, nie był wówczas jedynym aktywnym ugrupowaniem; inne ugrupowania, w tym Amal i kilka grup lewicowych, również były zaangażowane w ruch oporu. Te ostatnie skupiały się w Froncie Libańskiego Narodowego Ruchu Oporu.</p>
<p>Lecz okazało się, że mimo atmosfery terroru i przemocy, jaką stwarzała tzw. polityka &#8220;żelaznej pięści&#8221;, uprawiana przez Izrael, kierowany przez Hezbollah Islamski Ruch Oporu nie ma sobie równych pod względem umiejętności prowadzenia przewlekłego wojskowego i cywilnego ruchu oporu, podczas gdy Front Libańskiego Narodowego Ruchu Oporu wygasł. Islamski Ruch Oporu zawdzięczał swoje sukcesy kwalifikacjom wojskowym setek dobrze wyszkolonych bojowników, którzy z Bejrutu i doliny Bekaa przenikali na południe kraju i atakowali tam okupantów. Te operacje wojskowe cieszyły się poparciem siatki afiliowanych do Hezbollahu alimów wioskowych, którzy wnosili poważny wkład w wysiłki ruchu oporu zarówno w dziedzinie planowania operacji wojskowych, jak i mobilizacji masowych wieców protestacyjnych i demonstracji. Taka była baza, na której Hezbollah walczył przez kilkanaście lat &#8211; aż do zwycięstwa, które w końcu odniósł.</p>
<p><strong>II</strong></p>
<p>Pośród nastrojów niepohamowanej radości, jaką wywołało w Libanie zwycięstwo Islamskiego Ruchu Oporu, tych, którzy pragną powtórzyć sukces Hezbollahu &#8211; zamienić gorycz okupacji w radość wyzwolenia &#8211; interesują sprawy dotyczące organizacji i modus operandi tego ruchu. Sukces Hezbollahu to światło nadziei w mroku totalnej rozpaczy. Jego zwycięstwo jest niczym kwiat kwitnący w atmosferze intensywnego pesymizmu, jaką wywołała ciemna chmura klęski unosząca się w ostatnich dziesięcioleciach nad światem arabskim.</p>
<p>Jeśli chce się wyciągnąć odpowiednie wnioski z doświadczenia Hezbollahu, należy wyjść poza czysto wojskowe aspekty walki. Podejście Hezbollahu było całościowe; początkowo improwizował, ale dowiódł, że potrafi szybko się uczyć.<br />
W pierwszych fazach ruch oporu wobec izraelskiej okupacji części Libanu polegał na prowadzonych na małą skalę i na ogół nieskoordynowanych protestach, strajkach, bojkotach towarów izraelskich i zamachach przy użyciu min drogowych domowej roboty. Następnie rozwinął się on w dobrze zorganizowany ruch, stosujący elementy klasycznej wojny partyzanckiej, które polegały głównie na zastawianiu pułapek i atakach typu &#8220;uderz i uciekaj&#8221;, oraz nowatorskich operacjach polegających na &#8220;poszukiwaniu śmierci męczeńskiej&#8221; &#8211; podczas tych ostatnich bojownicy przeprowadzali na ochotnika ataki na cele izraelskie naprowadzając na nie samochody wypełnione materiałem wybuchowym. Straty w zabitych, zadawane żołnierzom izraelskim, zmusiły Izraelczyków do wycofania się z większości terytorium południowego Libanu. 6 czerwca 1985 r., po serii przeprowadzonych z powodzeniem przez Hezbollah operacji, Izrael, który poprzednio okupował ponad połowę obszaru kraju, wycofał swoje wojska do tzw. &#8220;strefy bezpieczeństwa&#8221; na południu, aby zapewnić tam sobie ochronę przed takimi atakami. To częściowe wycofanie się stanowiło wyraźne przyznanie, że działania bojowe Hezbollahu są skuteczne. Wzmogło ono te działania.</p>
<p>W połowie 1986 r., po utracie 24 ludzi w jednym ataku, Islamski Ruch Oporu zrewidował swoje koncepcje wojskowe. Utworzenie jednostki morskiej zapoczątkowało nowy etap, na którym ruch oporu połączył elementy wojny konwencjonalnej i wojny partyzanckiej. Podstawowym celem ruchu oporu nie było przebicie Izraelczyków pod względem ilości posiadanej broni i siły ognia &#8211; to było niemożliwe, o czym przekonało się w przeszłości wiele reżimów arabskich i za co przyszło im zapłacić wysoką cenę. Ogólnie rzecz biorąc, działalność Islamskiego Ruchu Oporu zmierzała do przezwyciężenia ogromnej nierównowagi sił między nim a nieprzyjacielem poprzez uderzenia w najsłabszy punkt syjonistów &#8211; ich aktywa ludzkie. Na przestrzeni dziejów ciemięzcy pokazali, że są tchórzliwi; z rozkoszą zabijają innych, ale sami nie potrafią znieść strat w ludziach. Stosuje się to szczególnie do Izraelczyków i Amerykanów &#8211; brak im woli prowadzenia przewlekłej walki, pociągającej za sobą poważne straty tego rodzaju; po prostu nie mają ochoty umierać za swoją sprawę.</p>
<p>W toku prowadzonej przez ruch oporu wojny na wyczerpanie celami były nieustająco nieprzyjacielskie konwoje, obozy i umocnienia; mieszał on okupantowi szyki, przerywał linie zaopatrzeniowe, a w końcu doprowadził do upadku morale w wojsku i w samym społeczeństwie izraelskim.<br />
Wszelkie przeciwdziałania podejmowane przez Izraelczyków i ich miejscową milicję &#8211; Armię Libanu Południowego &#8211; ponosiły fiasko wobec determinacji ruchu oporu. Co więcej, ruchowi oporu, wykazującemu niezwykłą kreatywność w poszukiwaniu nowych sposobów nawiązywania kontaktów bojowych z nieprzyjacielem, udało się również przeniknąć do Armii Libanu Południowego i uzyskać użyteczne informacje o ruchach wojsk nieprzyjacielskich. Wiadomo, jak w każdej konfrontacji wojskowej ważny jest wywiad.<br />
<strong><br />
SOJUSZE POLITYCZNE</strong></p>
<p>Wzrost znaczenia i popularności Hezbollahu miał swoją cenę. Z jednej strony wywołał gniew Amalu, który obawiał się, że utraci południe kraju na rzecz swojego rywala. To, wraz z dążeniem Syrii do zahamowania rozwoju Hezbollahu, doprowadziło do strać zbrojnych między nim a Amalem, który usiłował osłabić ruch oporu wciągając go w mordercze walki wzajemne. Kierownictwu Hezbollahu udało się jednak nie tylko uniknąć wszystkich zastawionych nań pułapek i skupić się na ruchu oporu, ale również doprowadzić do skutecznego sojuszu i koordynacji działań z Damaszkiem.<br />
Koordynacja działań z Syrią, głównym power-brokerem w Libanie, pozwoliła Hezbollahowi uzyskać poparcie rządu libańskiego i zażądać od niego pełnego poparcia dla ruchu oporu. Rzecz w tym, że za prezydentury Amina Dżumajjila (1982-1988) władze libańskie zaangażowały się w kampanię represji wobec ruchu oporu, w toku której nękały, aresztowały i torturowały jego bojowników. We wrześniu 1993 r. rząd premiera Rafika Haririego kazał armii otworzyć ogień do demonstracji zorganizowanej przez Hezbollah; kilku uczestników demonstracji zostało zabitych, a wielu rannych. Gdyby Hezbollah uległ naciskom i wziął odwet, ruch oporu mógłby dać się wciągnąć w wir krwawych walk wewnętrznych i wyczerpać w nich swoje siły. Zrozumiał on jednak, że ulegnięcie takiej pokusie byłoby głównemu wrogowi na rękę.</p>
<p>Poparcie rządu libańskiego, Iranu i Syrii przyczyniło się do zwycięstwa. Nie tylko zapewniło ruchowi oporu osłonę dyplomatyczną i legitymizację międzynarodową, ale ułatwiło mu również działalność. Na przykład poparcie rządu libańskiego pozwoliło ruchowi oporu utrzymać infrastrukturę medialną i bazy na tyłach, w takich strefach znajdujących się pod kontrolą rządu, jak przedmieścia na południu Bejrutu i wschodnia część doliny Bekaa, oraz swobodnie przewozić zaopatrzenie, sprzęt i personel na południe i z powrotem.<br />
Kierowany przez Hezbollah Islamski Ruch Oporu, w pełni świadomy złożoności społeczeństwa libańskiego jako wielowyznaniowej mieszanki siedemnastu sekt, zadał sobie wiele trudu, aby uniknąć jakiegokolwiek sekciarstwa, choć głównym źródłem jego sił ludzkich była społeczność szyicka. To, że skupił się na realizacji wspólnego dla wszystkich celu, ułatwiło stworzenie szerokiego konsensu narodowego wokół sprawy całkowitego wyzwolenia kraju. Uszlachetniający i moralnie transcendujący ruch oporu stał się przeto filarem jedności narodowej i zespolenia w rozbitym społeczeństwie, które można było opisać jako wyznaniowe i polityczne pole minowe.<br />
Ucieczka do &#8220;strefy bezpieczeństwa&#8221; zapewniła syjonistom tylko czasowe wytchnienie. Wkrótce Islamski Ruch Oporu atakował ich nawet w tej strefie. Kampania wojskowa była jednak tylko częścią wysiłków Hezbollahu &#8211; równie ważne były wysiłki, które stawiały czoło groźbie utraty morale przez ludność. Należało zneutralizować skutki ataków izraelskich &#8211; zwłaszcza nalotów bombowych na ludność cywilną i ostrzałów artyleryjskich tej ludności, którym Hezbollah nie mógł zapobiec &#8211; podobnie jak skutki działalności syjonistycznej machiny propagandowej. Należało zwłaszcza przekonać ludność, aby nie porzucała swoich wiosek; jej obecność miała dla ruchu oporu żywotne znaczenie. W 1948 r. syjonistyczne bandy terrorystyczne stosowały podobną taktykę &#8211; tak, aby palestyńskie wsie najpierw opustoszały, i aby następnie można było je zająć. Hezbollah nie zamierzał dać syjonistom takiej szansy na południu Libanu.<br />
<strong><br />
NIEZALEŻNA INFRASTRUKTURA SOCJALNA</strong></p>
<p>Wymagało to stworzenia poza ramami państwowymi infrastruktury opieki społecznej, która pozwoliłaby amortyzować wśród ludności skutki zbrodni izraelskich. W 1984 r., na wzór Dżihadu Budowlanego (Dżihad-i Sazindagi), który działa w Iranie, w Libanie powstała instytucja pod taką samą nazwą &#8211; Dżihad al-Binaa, a także Islamski Komitet Służby Zdrowia. Następnie, na osobiste polecenie imama Chomejniego, w Iranie utworzono komitet pomocy, który miał zatroszczyć się o potrzeby narodu libańskiego. Nazwano go Komitetem Opieki Społecznej Imama Chomejniego. Imam miał nadzieję, że instytucja ta &#8220;ulży udrękom ciemiężonych Libańczyków, którzy nie tylko ucierpieli z rąk kolonialistów, ale których zubożyło i osierociło nieszczęście wojny domowej&#8221;. Inną bardzo ważną instytucją była fundacja Wdowy po Męczennikach. Wzięła ona na siebie całkowitą odpowiedzialność za zaspokojenie potrzeb materialnych wdów po tych, którzy zginęli śmiercią męczeńską z rąk syjonistów, a także ich rodzin &#8211; zapewniono im mieszkania i zajęto się wychowaniem ich dzieci.</p>
<p>Te organizacje i instytucje odegrały żywotną rolę w neutralizowaniu skutków okrucieństw syjonistów. Ilekroć syjoniści zbombardowali jakąś wieś, tylekroć zjawiali się członkowie Dżihadu Budowlanego i naprawiali szkody. Tak więc Hezbollah chronił ludność cywilną przed niektórymi skutkami zbrodni syjonistycznych. Dżihad Budowlany utworzył w południowym Libanie stałe ekipy, które troszczyły się o zaspokojenie potrzeb ludności. Gdy działalność opiekuńcza Hezbollahu nabrała rozmachu, zespoły te zajęły się budową domów, naprawą przewodów kanalizacyjnych, zbieraniem śmieci i zaopatrywaniem wieśniaków w wodę.</p>
<p>Hezbollah rozwinął rozległy system opieki społecznej, obejmujący placówki służby zdrowia, instytucje wychowawcze i oświatowe i pomoc finansową, a nastawiony na zapewnienie opieki ubogim i potrzebującym. System opieki społecznej Hezbollahu w dużej mierze korzystał z doświadczeń i szczodrości całej plejady irańskich organizacji rewolucyjnych &#8211; takich, jak Fundacja Męczenników, Fundacja Uciskanych, Komitet Opieki Społecznej Imama Chomejniego i Dzihad Budowlany. Islamski Komitet Służby Zdrowia prowadzi w całym kraju mnóstwo szpitali, klinik i przychodni. System opiekuńczy Hezbollahu prowadzi również sierocińce i placówki dla niepełnosprawnych. Zaopatruje chłopów w sprzęt, ulepszone nasiona, żywy inwentarz, oferuje im szkolenie i doradztwo, jak rozwinąć działalność gospodarczą &#8211; od produkcji rolnej na rynek po hodowlę bydła i ryb czy pszczelarstwo. Wspierane przez ten system rodziny otrzymują rozmaitą pomoc &#8211; na żywności, sprzętów gospodarstwa domowego i odzieży poczynając, a na pomocy finansowej i stypendiach kończąc. Hezbollah jest również zaangażowany w działalność gospodarczą na dużą skalę, w tym w handel nieruchomościami i w sieć dyskontowych supermarketów spółdzielczych.<br />
Służby Hezbollahu są dostępne dla wszystkich społeczności wyznaniowych. Np. w Bejrucie kobiety ze wszystkich społeczności &#8211; nie tylko szyickiej, ale również sunnickiej i chrześcijańskiej &#8211; wolą rodzić w szpitalach prowadzonych przez Hezbollah, ponieważ kosztuje to trzykrotnie mniej, niż w szpitalach państwowych, a świadczone w nich usługi są dużo lepsze.</p>
<p>System opieki społecznej Hezbollahu, będący wyrazem jego prawdziwej troski o dobrobyt ubogich, przynosił ruchowi oporu oczywiste korzyści. Po pierwsze, przyczyniał się do podkopania nieprzyjacielskiej strategii atakowania obiektów cywilnych celem sterroryzowania ludności i zmuszenia jej, aby wywarła presję na rzecz zaprzestania operacji przez ruch oporu. Po drugie, mocniej zakorzenił Hezbollah w społeczeństwie libańskim i tym samym sprawił, że było coraz trudniej podkopywać lub zacierać jego rolę polityczną, wpływy czy istnienie.</p>
<p>System ten działa również w najuboższych rejonach Bejrutu. Gdy w 1989 r., na rozkaz Izraela i Francji, wojnę wzniecił maronicki generał Michel Aun, mieszkańcom Bejrutu dało się we znaki przerwanie zaopatrzenia w wodę. Wówczas z dostawami wody pospieszyła duża flota tankowców z Iranu, a także własna flota Hezbollahu. Tego rodzaju tankowce stały się teraz stałym czynnikiem życia w Bejrucie. W latach 1988-1993 Hezbollah zbudował 25 siłowni i wykopał 21 studni. Jak to wyjaśnił naszemu czasopismu Crescent International pewien działacz tego ruchu, &#8220;Hezbollah jest teraz czymś więcej niż partią polityczną, ale czymś mniej niż państwem&#8221;. Stał się ruchem islamskim, który przejął wiele funkcji państwa.<br />
<strong><br />
DOSKONALENIE TAKTYKI WOJSKOWEJ</strong></p>
<p>Gdy Hezbollah pozbawił syjonistów szansy obrócenia ludności cywilnej przeciwko Islamskiemu Ruchowi Oporu, skupił się na ulepszaniu swojej taktyki wojskowej. W latach 1988-1993 ponosił duże straty, ale szybko doskonalił taktykę i działalność wywiadowczą. Uruchomił również swoje własne służby medialne. Telewizja Al-Manar zaczęła pokazywać działalność ruchu oporu, co pozbawiło syjonistów korzyści płynących z ich propagandy. Przedtem mogli chełpić się swoimi sukcesami i ukrywać ponoszone straty. Kamerzyści Hezbollahu towarzyszący bojownikom ruchu oporu filmowali teraz robiące silne wrażenie starcia wojskowe, pokazywali tchórzliwe zachowanie izraelskich żołnierzy i oficerów i ujawniali, jaka prawda kryje się za izraelskimi wersjami przebiegu wydarzeń. Rezultatem było powstanie w Izraelu masowego ruchu antywojennego; wielu żołnierzy, obawiając się o swoje życie, odmawiało służby wojskowej w Libanie. Wielu, którzy tam trafili, lęk doprowadził do załamania.</p>
<p>Dla Islamskiego Ruchu Oporu innym punktem zwrotnym był lipiec 1993 r., gdy okazało się, że po raz pierwszy w dziejach swoich walk z arabskim nieprzyjacielem Izraelczycy nie potrafią nawiązać z nim kontaktu bojowego. Zamiast najechać ponownie Liban na północ od &#8220;strefy bezpieczeństwa&#8221;, przystąpili oni do tzw. &#8220;Operacji Odpowiedzialność&#8221; &#8211; zmasowanych bombardowań wsi z samolotów i dział, które zmusiły 300 tysięcy cywilów do opuszczenia swoich domów i przesiedlenia się do Bejrutu. W jednym z najwyraźniejszych aktów przyznania się Izraela do terroryzmu państwowego, ówczesny premier izraelski Icchak Rabin stwierdził, że ludność zmuszono do exodusu po to, aby wywrzeć presję na rząd libański i skłonić go do rozprawy z Hezbollahem. Rząd libański okazał się na to za słaby, ale to wyrafinowane podejście Hezbollahu, jak również jego poświęcenie, pozwoliło mu zyskać sobie szacunek wszystkich segmentów społeczeństwa libańskiego &#8211; w tym również rządu.</p>
<p>Od 1993 r. straty Izraelczyków zaczęły dramatycznie wzrastać. Rok wcześniej, w lutym 1992 r., szajch sajjid Abbas Musawi, sekretarz generalny Hezbollahu, zginął wraz ze swoją żoną i dzieckiem, gdy jego samochód zaatakował samolot izraelski. Abbas Musawi wracał z obchodów rocznicy męczeńskiej śmierci szajcha Rageba Harba w Dżibszicie. Zastąpił go szajch sajjid Hassan Nasrallah. Odtąd operacje Hezbollahu stały się tak wyszukane, że wzbudziły nawet wymuszony podziw syjonistów. W kwietniu 1996 r. nastąpił kolejny punkt zwrotny &#8211; Izrael dokonał masakry 102 cywilów, którzy szukali schronienia w kwaterze ONZ w Kanie, czym naraził się na potępienie międzynarodowe. Nie mógł już dłużej chować przed światem swojej parszywej gęby.</p>
<p>W 1997 r. Hezbollah zadał syjonistom tyle strat, ile sam poniósł. Z punktu widzenia wszelkich standardów, było to wybitne osiągnięcie, któremu syjoniści nie mogli już sprostać. W następnych latach na Izrael spadły jeszcze straszliwsze ciosy, toteż żądanie jednostronnego wycofania armii z Libanu nabrało wielkiego rozmachu &#8211; do czego cały czas przyczyniały się sfilmowane sceny dramatycznych starć wojskowych, dostarczane przez Hezbollah stacjom telewizyjnym.</p>
<p><strong>PO WYZWOLENIU POŁUDNIOWEGO LIBANU</strong></p>
<p>Po upokarzającym odwrocie Izraela z Libanu w maju 2000 r., sajjid Hassan Nasrallah wyjaśnił: &#8220;Zorganizowaliśmy się dla realizacji swojego najwyższego priorytetu, jakim było stawienie oporu wrogowi i wyparcie wojsk okupacyjnych z Libanu. Liczyły one ponad 100 tysięcy żołnierzy i dysponowały wozami bojowymi, a do tego nowoczesnym sprzętem i 6 tysiącami rozproszonych w naszym środowisku agentów libańskich. Zogniskowaliśmy jednak naszą działalność na uderzeniach w najsłabszy punkt nieprzyjaciela &#8211; niezdolność ponoszenia licznych strat w ludziach.&#8221; Ta prosta prawda zdaje się umykać z pola widzenia wszystkich reżimów arabskich i Organizacji Wyzwolenia Palestyny. Szajch Nasrallah mówił dalej: &#8220;Strategia ruchu oporu polegała na prowadzeniu wojny na wyczerpanie. W szczególności polegała na wykrwawianiu żywych sił nieprzyjaciela. Strategia ta była tak celna, że hasło wycofania się z południowego Libanu stało się zwycięską kartą w «izraelskiej» polityce wyborczej i pomogło [Ehudowi] Barakowi wygrać z [Beniaminem] Netanjahu.&#8221; Kilkuset lekko uzbrojonych, mających silną motywację bojowników rzuciło na kolana najbardziej morderczą machinę wojenną na Bliskim Wschodzie.</p>
<p>Sajjid Nasrallah powiedział, że aby osiągnąć cel &#8211; wyzwolenie &#8211; &#8220;musieliśmy dźwigać na swoich barkach wszelkie niesprawiedliwości, jakie na nas zrzucono, w tym zniekształcanie naszego wizerunku i pozbawianie obszarów, na których mieszka większość naszych zwolenników, takich środków pierwszej potrzeby, jak woda bieżąca i elektryczność&#8221;. Ruch skupił jednak uwagę na swoim celu i nie pozwolił wciągnąć się w pułapkę walk domowych.<br />
Teraz, gdy wyzwolono południe kraju, narastają naciski, aby Hezbollah stał się partią polityczną, zaniechał działalności wojskowej, złożył broń i zrezygnował ze swojego niezachwianego stanowiska w sprawie wyzwolenia Palestyny i Jerozolimy. W czerwcu 2000 r., na spotkaniu z jordańską delegacją Stowarzyszenia Przeciwko Syjonizmowi i Rasizmowi, sekretarz generalny Hezbollahu sajjid Hassan Nasrallah ujawnił, że Waszyngton zaoferował setki milionów dolarów na odbudowę południowego Libanu pod warunkiem, że Hezbollah zgodzi się ograniczyć do roli partii politycznej. Nasrallah zapewnił delegację, że Hezbollah nie ma zamiaru rezygnować ze swojego tradycyjnego podejścia ani z posiadania broni.</p>
<p>Nigdy &#8211; nawet w najmroczniejszych godzinach okupacji &#8211; kierownictwo Hezbollahu nie rozważało możliwości pójścia na kompromis. Próżne były wszelkie wysiłki Izraela, jego popleczników międzynarodowych i defetystycznych &#8220;pragmatyków&#8221; w świecie arabskim, zmierzające do uwikłania Hezbollahu w nieczyste układy z wrogiem lub nakłonienia go do milczącego uznania Izraela. Jest mało prawdopodobne, aby teraz zmienił on swoje podejście.<br />
Skutki decydującego zwycięstwa Hezbollahu są dalekosiężne &#8211; wykraczają poza granice Libanu. Hezbollah radykalnie przestawił granice dyskursu politycznego w świecie arabskim. Umożliwił powrót do tego dyskursu retoryki i logiki ruchu oporu, które na wielką skalę wyeliminowano, odkąd nad regionem zaczął unosić się halucynogenny tuman &#8220;procesu pokojowego&#8221;. Zwycięstwo Hezbollahu pokazuje, że żadnej ziemi okupowanej przez obcych najeźdźców nie wyzwoli się poprzez lobbing w Waszyngtonie, Londynie, Paryżu czy gdziekolwiek indziej. Syjoniści i ich poplecznicy rozumieją jedynie język siły. Hezbollah zawsze wskazywał, że czynnik ilościowy nie ma znaczenia, jeśli muzułmanie są naprawdę zaangażowani w służbę islamowi. Głęboka wiara w Allaha, poparcie mas muzułmańskich i poświęcenie mudżahidów [bojowników] to zasadnicze czynniki, jakie przynoszą islamowi zwycięstwo. Nawrót dyskursu ruchu oporu pozwala zerwać gęstą pajęczynę poglądów defetystycznych, które pozują na pragmatyzm i realizm. Odtąd podstawowe kwestie, jakie staną na porządku dziennym tego dyskursu, nie będą obracały się wokół tego, czy możliwe jest odparcie i pokonanie okupantów syjonistycznych, lecz wokół tego, jakich środków należy użyć oraz jaką taktykę i strategię należy zastosować, aby zapewnić zwycięstwo. Nie wróży to nic dobrego Izraelowi, który wkrótce przekona się, że wcale nie miał do czynienia z ostatnim inspirowanym przez Hezbollah ruchem oporu.</p>
<p><strong>Zafar Bangasz i Chalil Osman</strong></p>
<p>1 Amal &#8211; umiarkowana szyicka partia polityczna w Libanie. Szerzej jest o niej mowa w następnym artykule.<br />
2 Amal Islamski &#8211; szyicka radykalna partia polityczno-religijna w Libanie, utworzona w 1982 r. przez Husajna Musawiego, członka kierownictwa Amalu, który zerwał z nim na znak protestu przeciwko bierności jego przywódców wobec najazdu izraelskiego na Liban. Sprzymierzona ze stacjonującym w Baalbeku kontyngentem Islamskiej Gwardii Rewolucyjnej z Iranu prowadziła akcje zbrojne przeciwko okupantowi izraelskiemu. Pod presją władz irańskich nawiązała sojusz z Hezbollahem. Po zakończeniu wojny domowej w Libanie w 1990 r. podupadła, ustępując miejsca Hezbollahowi jako głównej partii radykalnej w społeczności szyickiej.<br />
3 An-Nadżaf &#8211; miasto w Iraku, jeden z najważniejszych ośrodków kultu religijnego i nauki szyitów &#8211; mauzoleum Alego zbudowane ok. XII/XIII w.<br />
4 Dawaa al-Islamija &#8211; szyicka partia polityczno-religijna założona w podziemiu w Iraku w 1969 r., gdy świecki reżim partii Baas zaczął nękać duchowieństwo szyickie. Po &#8220;rewolucji islamskiej&#8221; w Iranie uzyskała poparcie władz irańskich. Za przynależność do tej partii władze irackie karały śmiercią; w 1980 r. dokonały egzekcji jej 50 działaczy. W czasie wojny iracko-irańskiej prowadziła działalność sabotażową i terrorystyczną przeciwko reżimowi irackiemu; przeprowadziła m.in. nieudane zamachy na życie wicepremiera Tarika Aziza i prezydenta Saddama Husajna.<br />
5 Husajnija to szyicki ośrodek religijno-socjalny.</p>
<p><strong>Instytut Współczesnej Myśli Islamskiej (ICIT)</strong> założyło w 1998 r. grono b. najbliższych współpracowników Kalima Siddikiego (1931-1996), rodem z Indii, b. redaktora londyńskiego Guardiana i b. nauczyciela akademickiego, który stał się teoretykiem i działaczem radykalnego islamu politycznego oraz rzecznikiem irańskiej &#8220;rewolucji islamskiej&#8221;. W 1974 r. założył on w Londynie Muzułmański Instytut Badań i Planowania (MIRP), a w 1992 r. &#8211; Parlament Muzułmański w Wielkiej Brytanii (MPGB). ICIT uważa się za &#8220;ośrodek umysłowy globalnego ruchu islamskiego&#8221;, którego głównym zadaniem jest &#8220;rozwijanie, definiowanie, artykułowanie i promowanie podstaw tego ruchu, zwłaszcza w kluczowych dziedzinach myśli politycznej i nauk społecznych&#8221;. Ma siedziby w Toronto i Londynie. Jego koordynatorami są Zafar Bangasz (dyrektor) i Ikbal Siddiki. Wydaje dwutygodnik Crescent International, a w internecie ma portal Muslimedia.</p>
<p>* Sporządzona przez redakcję Rewolucji kompilacja bilansów działalności Hezbollahu i Islamskiego Ruchu Oporu w Libanie, opublikowanych 1 sierpnia oraz 1 i 16 września 2000 r. w dwutygodniku Crescent International wydawanym w Londynie przez Instytut Współczesnej Myśli Islamskiej (ICIT).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/09/droga-hezbollahu-do-zwyciestwa-nad-okupantem-izraelskim/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Mieli odwagę walczyć i zwyciężyć</title>
		<link>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/08/mieli-odwage-walczyc-i-zwyciezyc/</link>
		<comments>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/08/mieli-odwage-walczyc-i-zwyciezyc/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 08 Feb 2010 20:43:55 +0000</pubDate>
		<dc:creator>aneta</dc:creator>
				<category><![CDATA[Publicystyka]]></category>
		<category><![CDATA[Liban]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.kampania-palestyna.pl/?p=702</guid>
		<description><![CDATA[Z Gilbertem Achcarem rozmawiajĄ Tikva Honig-Parnass i Tufik Haddad
- Na podstawie nauk płynących ze zwycięstwa Hezbollahu można sporządzić ogólny zarys generalnej (wojskowej, politycznej) strategii, która pozwoliłaby pokonać okupantów izraelskich. Co sądzisz o możliwości zastosowania jej gdzie indziej?
- Chcąc wypowiedzieć się w tej sprawie, należy wyodrębnić rozmaite elementy tego &#8211; jak to nazwaliście &#8211; &#8220;ogólnego zarysu [...]]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p>Z Gilbertem Achcarem rozmawiajĄ Tikva Honig-Parnass i Tufik Haddad</p>
<p><strong>- Na podstawie nauk płynących ze zwycięstwa Hezbollahu można sporządzić ogólny zarys generalnej (wojskowej, politycznej) strategii, która pozwoliłaby pokonać okupantów izraelskich. Co sądzisz o możliwości zastosowania jej gdzie indziej?</strong></p>
<p>- Chcąc wypowiedzieć się w tej sprawie, należy wyodrębnić rozmaite elementy tego &#8211; jak to nazwaliście &#8211; &#8220;ogólnego zarysu strategii&#8221;. Zacznijmy od aspektu wojskowego, ponieważ o nim wspominacie. Uważam, że osobliwości terenu libańskiego powinny być równie oczywiste dla każdego w świecie arabskim, jak osobliwości terenu irackiego powinny być oczywiste dla każdego, kto na podstawie przebiegu wojny w Zatoce Arabsko-Perskiej chciałby sporządzić w Waszyngtonie &#8220;ogólny zarys strategii&#8221; dalszych interwencji amerykańskich. Chcę przez to powiedzieć rzecz następującą: tak, jak pustynia to teren idealnie sprzyjający pełnemu wykorzystaniu przewagi w postaci lotnictwa (czego dowodzi ogromny kontrast między druzgocącymi skutkami sześciotygodniowych nalotów dywanowych na wojska irackie w 1991 r. a miernymi rezultatami kampanii lotniczej NATO przeciwko Federacyjnej Republice Jugosławii w 1999 r.), tak też, zanim zacznie się generalizować to doświadczenie pod postacią &#8220;ogólnego zarysu strategii&#8221;, należy wziąć pod uwagę górzysty teren i dużą gęstość zaludnienia południowego Libanu.<br />
Gdy już to sobie wyjaśniliśmy, przede wszystkim należy podkreślić, że zwycięstwo w południowym Libanie nie ma charakteru &#8220;militarnego&#8221;. Armia izraelska nie została pobita pod względem wojskowym &#8211; była o wiele mniej wyczerpana niż wojska USA w Wietnamie, a przecież nawet w przypadku tych ostatnich niesłuszne byłoby stwierdzenie, że &#8220;pobito je pod względem wojskowym&#8221;. W obu przypadkach jest to przede wszystkim polityczna klęska rządów na tle narastającej niechęci ludności w kraju będącym najeźdźcą do dalszego prowadzenia wojny. Akcje partyzanckie libańskiego ruchu oporu &#8211; któremu, nawet w ujęciu proporcjonalnym, było daleko do rozmachu wietnamskiego ruchu oporu &#8211; wobec okupantów były skuteczne głównie z powodu wpływu, jaki wywierały na nastroje społeczeństwa izraelskiego &#8211; tak, jak na nastroje Amerykanów wpływ wywierał w swoim czasie widok żołnierzy amerykańskich przywożonych z Wietnamu w trumnach. W obu przypadkach ludność kraju najeżdżającego była coraz bardziej przeciwna wysiłkowi wojennemu, który wyraźnie nie miał żadnego moralnego uzasadnienia.<br />
Izrael doświadczył już czegoś takiego po najeździe na wielką skalę na Liban w 1982 r. Odwrót w 1982 r. z Bejrutu, a następnie, w 1985 r., z większości terytorium libańskiego, był spowodowany głównie tym, że społeczeństwo izraelskie nie mogło pogodzić się z sytuacją, w której &#8211; w imię okupacji nie dającej usprawiedliwić się nawet z dominującego syjonistycznego punktu widzenia &#8211; żołnierzom izraelskim codziennie groziła śmierć. Tak więc kluczowy problem polega na bilansie korzyści i strat &#8211; podczas gdy na Wzgórzach Golan korzyści z okupacji przewyższają dla Izraela obecne koszty, w południowym Libanie stało się oczywiste, że jest dokładnie na odwrót.<br />
Dokonajmy teraz ekstrapolacji tego wszystkiego na okupowane terytoria palestyńskie &#8211; korzyści płynące z ich okupacji dla &#8220;bezpieczeństwa&#8221; Izraela przez dwadzieścia lat zdecydowanie przewyższały koszty. Desperackie operacje &#8220;partyzanckie&#8221; palestyńskiego ruchu oporu nie mogły stanowić przeciwwagi dla wzmożonego poczucia bezpieczeństwa, które wynikało z przesunięcia granicy aż po rzekę Jordan. Sytuacja zaczęła zmieniać się dramatycznie wraz z masową mobilizacją [pierwszej - red.] Intifady. Sprawiła ona, że koszty stały się wówczas niemal nie do zniesienia dla morale armii izraelskiej i reputacji Izraela w krajach, które go popierają. W armii, aż po najwyższe szczeble hierarchii, narosły presje na rzecz wycofania wojska z terenów zaludnionych i rozmieszczenia go w tych strategicznych punktach na Zachodnim Brzegu Jordanu, w których nie ma wielkich skupisk Palestyńczyków.<br />
Icchak Rabin, który był wojskowym, podjął w Oslo rokowania właśnie w odpowiedzi na takie presje. Za wycofanie wojska starał się wytargować od kierownictwa Organizacji Wyzwolenia Palestyny, które od wielu lat gromadziło na swoim koncie ustępstwa i kapitulacje, jak najwyższą cenę. Uzyskał wszystko, czego tylko sobie życzył &#8211; i to w stopniu, jaki zapewne nawet mu się nie marzył, gdy rozpoczynał rozmowy z kierownictwem arafatowskim! Kierownictwo to, zamiast polegać na impecie Intifady i czynić wszystko, co było w jego mocy dla jej podtrzymania dopóty, dopóki nie wymusi się wycofania armii izraelskiej z terenów zaludnionych &#8211; nie zdradzając niczego z tego wszystkiego, o co poprzednio się walczyło, i godząc się na bardzo minimalne akomodacje, które nie powinny być wynegocjowane przez OWP, lecz przez kierownictwo Intifady na terytoriach okupowanych &#8211; poszło na coś, co nawet niektórzy komentatorzy syjonistyczni określili jako haniebną kapitulację, a co doprowadziło do obecnej odrażającej sytuacji.<br />
Hezbollah działał inaczej &#8211; utrzymywał presję nie idąc na żadne kompromisy i zmusił armię izraelską do bezwarunkowej i całkowitej ewakuacji z terytoriów Libanu, okupowanych od 1978 r. (była to pozostałość jeszcze z czasów wojny 1967 r.). Zaiste, to kolosalne zwycięstwo! Z pewnością jest to wyczyn, z którego społeczeństwo palestyńskie wyciągnie wnioski i zaczerpnie pewną inspirację.</p>
<p><strong>- Do jakiego stopnia zwycięstwo Hezbollahu jest ciosem dla planów imperialistycznych w tym regionie? Co może z niego wyniknąć w przyszłości?</strong></p>
<p>- Na pewno zwycięstwo ruchu oporu w Libanie jest porażką dla planów Stanów Zjednoczonych, gdyż &#8211; podobnie jak plany ich sojusznika izraelskiego &#8211; przewidywały one, że wycofanie się armii izraelskiej z południowego Libanu wpisze się w globalne porozumienie pokojowe z Syrią, w którym Izrael miał uzyskać wszelkiego rodzaju warunki, ustępstwa i gwarancje. Ponadto Izrael to &#8220;najwybitniejszy&#8221; prokurent armii amerykańskiej &#8211; ten, którego zawsze podaje się za przykład godny naśladowania. Tymczasem jesteśmy świadkami odwrotu, podczas którego wojsko izraelskie idzie w rozsypkę, co przywodzi na myśl obrazy rozsypki Amerykanów w Wietnamie w 1975 r. &#8211; akurat w dwudziestą piątą rocznicę tej ostatniej! To kolejny dowód, jak cenne jest słynne hasło: &#8220;miejmy odwagę walczyć i zwyciężyć&#8221;, które tak wspaniale inspirowało wietnamski ruch oporu. Należy spodziewać się, że zwycięstwo to odwróci wiatry defetyzmu wiejące w tak wielu środowiskach, które poprzednio skłonne były do walki z panowaniem imperialistycznym.<br />
Jeśli chodzi jednak o plany amerykańskie na Bliskim Wschodzie, to uważam, że najważniejsza zmiana, jaka stoi na porządku dziennym polityki izraelskiej i z pewnością zostanie wpisana do planów następnej administracji amerykańskiej, polega na odłożeniu sine die realizacji projektu porozumienia pokojowego z Syrią. Establishment syjonistyczny nie jest gotowy do oddania Wzgórz Golan, okupowanych od 1967 r., tylko po to, aby nawiązać stosunki z Syrią, które i tak nigdy nie będą &#8220;normalne&#8221; &#8211; tym bardziej, że syryjski dyktator Hafiz al-Asad stoi nad grobem1, a przyszłość polityczna tego państwa jest bardzo niepewna.</p>
<p><strong>- Dlaczego Hezbollah przypisuje sobie wyłączną zasługę zwycięstwa w Libanie? Czyż w ruchu oporu nie uczestniczyły również inne siły &#8211; Palestyńczycy, lewica libańska? A jeśli nie, to dlaczego?</strong></p>
<p>- Hezbollah wygląda na jedynego ojca zwycięstwa (a zgodnie z pewnym porzekadłem, zazwyczaj sukces ma wielu ojców, podczas gdy niepowodzenie jest sierotą) dlatego, że uczynił wszystko, co było w jego mocy, aby zmonopolizować prestiż ruchu oporu. Po najeździe izraelskim w 1982 r. mieliśmy do czynienia z niełatwym współistnieniem i rywalizacją dwóch tendencji w walce z okupantem &#8211; Frontu Libańskiego Narodowego Ruchu Oporu zdominowanego przez Libańską Partię Komunistyczną i Islamskiego Ruchu Oporu zdominowanego przez Hezbollah. Siły palestyńskie w południowym Libanie doszczętnie rozbili najeźdźcy, a te, które pozostały w obozach dla uchodźców, w rzeczywistości już się nie liczyły, zwłaszcza, że pewne siły libańskie, takie jak Amal &#8211; milicje szyickiej społeczności wyznaniowej &#8211; zawzięcie nie pozwalały im ponownie wytknąć nosa z obozów. Amal nadal istnieje i należy do sił, które zajęły na południu Libanu pas ziemi opuszczony przez Izrael i jego miejscowych kolaborantów. Nigdy jednak nie odgrywał kluczowej roli w ruchu oporu &#8211; dawno stracił zapał do walki na rzecz Hezbollahu i stał się czysto konserwatywną partią obsługującą własną klientelę.<br />
Celem zapewnienia sobie monopolu na ruch oporu, Hezbollah przeprowadził wszelkie możliwe operacje, nie cofając się przed kilkakrotnymi zaciekłymi atakami na partię komunistyczną, a w szczególności przez zamordowaniem niektórych kluczowych działaczy szyickich tej partii. Ta zareagowała na to tak służalczo, jak tylko można sobie wyobrazić; nie odważyła się wziąć odwetu, natomiast apelowała do &#8220;braci&#8221; z Islamskiego Ruchu Oporu, aby zachowywali się po bratersku &#8211; a przecież nie ma realnej szansy, aby takie apele zostały wysłuchane, gdy nie wspierają ich zdecydowane działania pokazujące, jakie szkody może właśnie wyrządzić inne zachowanie! Taka postawa przyczyniła się w wielkiej mierze do stopniowej zmiany układu sił na korzyść Hezbollahu. W rezultacie na jego stronę przeszło wśród szyitów wielu najbardziej bojowych działaczy lewicy libańskiej.<br />
Godzi się przypomnieć, że na początku wojny domowej w Libanie, w 1975 r., nie było Hezbollahu, a główną siłą bojową wśród ludności szyickiej na południu kraju stanowiła partia komunistyczna. Po 1982 r. partia ta zaczęła tracić grunt pod nogami najpierw na rzecz Amalu, a następnie na rzecz Hezbollahu. Za każdym razem przyczyna była taka sama &#8211; otóż te trzy ruchy odwoływały się do tej samej bazy społecznej, tj. tradycyjnie bardzo bojowej ludności szyickiej południowego Libanu. W takiej rywalizacji na przegraną skazuje się ten, kto jest najbardziej nieśmiały, zwłaszcza gdy nie ma odwagi występować ze swoim radykalnym programem i w końcu wlecze się w ogonie dominujących sił wyznaniowych danej społeczności wyznaniowej. Cóż, na tym polu też trzeba &#8220;mieć odwagę walczyć i zwyciężyć&#8221;!<br />
Na tym zaś polu Hezbollah okazał się bardzo skuteczny. Jako żywo, w swoich działaniach dawał dowody takiej właśnie odwagi, szukając dla siebie natchnienia w niemal mistycznych poglądach na męczeństwo. Wiedział też, jak pozyskać sobie dusze i umysły ludności, bardzo zręcznie wykorzystując poważne fundusze, jakie otrzymywał z Iranu &#8211; organizując wszelkiego rodzaju służby socjalne dla zubożałej ludności. Jasne, że korzystne były również dla niego wiatry ideologiczne, które bardziej wiały w jego kierunku niż w kierunku lewicy &#8211; upadek Związku Radzieckiego dokumentnie ją zdemoralizował.</p>
<p><strong>- Jaki wpływ zwycięstwo Hezbollahu wywrze na układ sił politycznych w Libanie, na położenie uchodźców palestyńskich w tym kraju i na sytuację w całym regionie?</strong></p>
<p>- Jedno jest pewne &#8211; to zwycięstwo ogromnie zwiększy atrakcyjność Hezbollahu w Libanie i radykalnego islamu politycznego w całym regionie. W Libanie Hezbollah stoi jednak wobec czynnika obiektywnie ograniczającego jego wpływy, a mianowicie wielowyznaniowego składu społeczeństwa. Z natury rzeczy w żadnym liczącym się stopniu nie może on pozyskać sobie chrześcijan, druzów, a nawet muzułmanów sunnickich. Nie zagraża uchodźcom palestyńskim, ponieważ uniwersalizm islamski, któremu hołduje, czyni zeń czempiona sprawy palestyńskiej. Pod tym względem jest on w rzeczywistości rywalem palestyńskich sił politycznych działających w Libanie &#8211; czy to lojalistów arafatowskich, czy lewicowych dysydentów2.<br />
Jest więc rzeczą oczywistą, zwycięstwo Hezbollahu źle wróży Arafatowi. Na palestyńskich terytoriach okupowanych jedyną siłą, która może skorzystać na triumfie Hezbollahu, jest Hamas. Ogólnie rzecz biorąc można powiedzieć, że to zwycięstwo będzie bezcenne dla całego islamskiego ruchu fundamentalistycznego, ponieważ pozwoli przeciwdziałać negatywnym dla niego skutkom niedawnych wydarzeń w Iranie. Przeliczą się ogromnie ci, którzy chcieli już pogrzebać fundamentalizm islamski (pewien &#8220;orientalista&#8221; francuski opublikował ostatnio książkę, w której zwiastuje ostateczny schyłek tego zjawiska politycznego). Dopóki nie będzie miał on żadnego rywala ucieleśniającego aspiracje ciemiężonych mas i dopóki będziemy mieli do czynienia ze społecznymi skutkami &#8220;globalizacji&#8221;, dopóty fundamentaliści będą częścią krajobrazu &#8211; przeżywając, rzecz jasna, nie tylko wzloty, ale również upadki.</p>
<p>1 Hafiz al-Asad zmarł tuż po ukazaniu się tego wywiadu &#8211; 10 czerwca 2000 r. (Przyp. red.)<br />
2 W szczególności chodzi o Ludowy Front Wyzwolenia Palestyny i Demokratyczny Front Wyzwolenia Palestyny. (Przyp. red.)</p>
<p>Gilbert Achcar (ur. 1951) &#8211; z pochodzenia Libańczyk, mieszka we Francji od 1983 r. Wykłada nauki polityczne na VIII Uniwersytecie Paryskim. Współpracownik miesięcznika Le Monde Diplomatique, redaktor prac zbiorowych: The Legacy of Ernest Mandel (1999), L&#8217;hégémonie américaine (2000) i L&#8217;introuvable &#8220;troisičme voie&#8221; sociale-libérale (2001) oraz autor m.in. La nouvelle guerre froide: Le monde aprčs le Kosovo (1999) oraz The Clash of Barbarisms: September 11 and the Making of World Disorder (2002).</p>
<p>* Wywiad ten ukazał się w czerwcu 2000 r. w miesięczniku News From Within wydawanym w Jerozolimie przez Ośrodek Informacji Alternatywnej (AIC).</p>
]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.kampania-palestyna.pl/index.php/2010/02/08/mieli-odwage-walczyc-i-zwyciezyc/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

