Walka z terroryzmem to wielka zasłona dymna

Walka z terroryzmem to wielka zasłona dymna

Anne Marie Mergier rozmawia z Samirem Aminem

Nie jednolitego frontu antyterrorystycznego potrzeba światu. Taki front będzie tylko generował coraz większy terroryzm. Jedyny sposób przeciwdziałania ślepym i rozpaczliwym aktom przemocy – to utworzenie jednolitego frontu walki z międzynarodową niesprawiedliwością społeczną i wojną, stwierdza Samir Amin.


Dodaje:
Taki jest cel światowego ruchu sprzeciwu wobec globalizacji neoliberalnej. Mobilizacja tego ruchu przeszkadza realizacji hegemonicznych planów Stanów Zjednoczonych i czyni zeń główny cel ataków tzw. koalicji międzynarodowej, która zawiązała się do walki z “terroryzmem”. Zachowajmy jasność umysłu – wyprawa krzyżowa przeciwko terroryzmowi, której przewodzi George W. Bush, to tylko zasłona dymna, która ma służyć rozprawie z tym ruchem.
Wygląda na to, że Samir Amin kpi sobie z upływu czasu i swoich 70 lat. Jego dynamizm robi wrażenie. Ten wykształcony na Sorbonie ekonomista egipski jest autorem lub współautorem dziesiątków tłumaczonych na wiele języków książek – 24 spośród nich są dostępne po hiszpańsku.
Amin, uważany za jednego z najbardziej wnikliwych analityków problematyki gospodarczej i politycznej kontynentu afrykańskiego i rozwoju w Trzecim Świecie, od czterech dziesięcioleci prześwietla również kapitalizm i imperializm – jest to temat trzystustronicowego eseju, który wkrótce ma się ukazać.
Od 1957 do 1960 r. pracował w egipskiej administracji rozwoju gospodarczego. Przez następne trzy lata był doradcą rządu Mali, a następnie wykładowcą na uniwersytetach francuskich i w Senegalu. W 1970 r. objął kierownictwo Afrykańskiego Instytutu Rozwoju Gospodarczego i Planowania, a jednocześnie stanął na czele Forum Trzeciego Świata. Dziś przewodniczy Światowemu Forum Rozwiązań Alternatywnych.
Amin, filar międzynarodowego ruchu sprzeciwu wobec neoliberalizmu, człowiek, który wraz z francuską organizacją ATTAC (Stowarzyszeniem na rzecz Opodatkowania Transakcji Finansowych i Pomocy Obywatelom) i rozmaitymi ruchami brazylijskimi stymulował zwołanie do Porto Alegre I Światowego Forum Społecznego, przyznaje, że prowadzi nader ruchliwy tryb życia. Gdy nie podróżuje po świecie pędząc z jednej konferencji na inną, dzieli czas między Kairem, z którego pochodzi, Dakarem w Senegalu, w którym znajduje się siedziba Światowego Forum Rozwiązań Alternatywnych, i Paryżem.
Przyjmując korespondentkę w pełnym książek gabinecie w swoim paryskim mieszkaniu informuje, że właśnie przyjechał z Schengen (Belgia), gdzie przez tydzień brał udział w spotkaniu międzynarodowym, na którym przygotowywano II Światowe Forum Społeczne, i że szykuje się do wyjazdu do Porto Alegre, aby wziąć udział w tym forum, bo uważa, że w obecnym kontekście ma ono kapitalne znaczenie.
Podczas naszej rozmowy raz po raz dzwoni telefon. Amin zachowuje spokój. W istocie traci go tylko wtedy, gdy rozmowa schodzi na Stany Zjednoczone, a zwłaszcza na antyterrorystyczną wyprawę krzyżową Busha i sposób, w jaki recenzują ją media światowe.
Media te twierdzą, że pojawienie się ruchów politycznych, które powołują się na islam, odzwierciedla jedynie zacofanie kulturalne i polityczne narodów nie potrafiących zrozumieć niczego poza językiem swojego atawistycznego obskurantyzmu. Podobnie jak przywódcy zachodni, analitycy medialni nie widzą – nie chcą widzieć – tego, że w rzeczywistości pojawienie się tych ruchów jest wyrazem gwałtownej rebelii wobec niszczycielskich skutków liberalizmu i nie doprowadzonej do końca, kalekiej i oszukańczej nowoczesności, którą generuje. Jest to absolutnie uprawniona rebelia przeciwko systemowi, który nie ma tym narodom nic do zaoferowania.


- Dziwię się – to brzmi tak, jakby pan usprawiedliwiał przemoc fundamentalistów czy integrystów islamskich…

- Niczego nie usprawiedliwiam. Pani bardzo dobrze wie, że przez całe życie im się przeciwstawiałem. Osadzam problem w kontekście. To co innego. Nim jednak powrócimy do tej sprawy, chcę jak najszybciej coś wyjaśnić – terminy “integryści” i “fundamentaliści” są zupełnie błędne i posługuje się nimi wyłącznie Zachód. W krajach arabskich nikt ich nie używa, ponieważ dyskurs islamistyczny, który pretenduje do oferowania alternatywy wobec nowoczesności kapitalistycznej, nie ma żadnej podstawy teologicznej. Ma on czysto polityczny charakter, choć odwołuje się do uczuć religijnych narodów muzułmańskich. Dlatego mówmy o islamizmie politycznym, a nie o fundamentalizmie czy integryzmie. Co gorsza, mocarstwa zachodnie, a w pierwszej kolejności Stany Zjednoczone, aktywnie uczestniczą w instrumentalizacji tego islamizmu.


- Czy mógłby pan to wyjaśnić?

- Islam polityczny jest wynikiem fiaska dwóch wielkich prądów, które przez znaczną część XX w. były bardzo aktywne w Trzecim Świecie, a w szczególności w Azji i Afryce… Ściślej mówiąc chodziło o niemożność przezwyciężenia pewnych granic.


- Co to były za prądy?

- Jeden reprezentowała burżuazja liberalna. Chodziło o burżuazję modernistyczną, niezbyt demokratyczną i przekonaną, że może włączyć się do globalizacji kapitalistycznej, która nie zrodziła się wczoraj; burżuazja ta mniemała, że może negocjować warunki integracji w ramach pewnej współzależności. Hołdowała złudzeniu, że nie będzie musiała być posłuszna niczym zwykła agentura kolonizacji. To się jej nie udało. Musiała ulec woli imperializmu.
Drugi prąd nazywam “nacjonalizmem populistycznym”, którego pierwszym przejawem była moim zdaniem rewolucja meksykańska. Prąd ten przeciwstawiał się imperializmowi i miejscowej burżuazji. Nie koniecznie był socjalistyczny w radzieckim znaczeniu tego słowa, ale jego ideologia miała silną treść społeczną.
W krajach arabskich prąd ten znajdował wyraz w naseryzmie w Egipcie, baasizmie w Iraku i Syrii, reżimie bumedienowskim w Algierii itd. Ten prąd też nie zaowocował. Nie całkiem splajtował, ponieważ doprowadził w swoich społeczeństwach do wielkich przeobrażeń, ale nie osiągnął celu, który sobie stawiał. To, że oba te rozwijające się po części równolegle, a po części kolejno i często antagonistyczne prądy wyczerpały swoją dynamikę, stworzyło wielką pustkę, którą bezzwłocznie wypełnił islamizm.

- Jaki był stosunek tych prądów do islamu?

- W państwach, w których rządziła burżuazja liberalna albo nacjonalizm populistyczny, rządy odnosiły się nieufnie do islamu. Nie były to państwa świeckie – islam figurował w konstytucjach jako religia państwowa – ale rządzący odgradzali go od polityki. Gdy zawaliły się ich projekty, islamizm wziął odwet. Dość ordynarnie manipulował uczuciami religijnymi szerokich środowisk społecznych i zaczął znajdować coraz większy posłuch.
Zjawisko to nabrało rozmachu w ciągu minionych dwudziestu lat, gdy na scenę wtargnął brutalnie neoliberalizm, który położył kres wszelkim korzyściom, jakie niższe warstwy średniej burżuazji mogły czerpać z populizmu narodowego. To “wewnętrzne” powody pojawienia się islamizmu politycznego w krajach arabskich i muzułmańskich. Nie należy jednak nie doceniać roli, jaką odegrała interwencja zagraniczna.

WPŁYWY AMERYKAŃSKIE

- To znaczy?

- Od urodzenia islamizm polityczny wpisywał się doskonale w plany hegemonizmu amerykańskiego. Nie kwestionował kapitalizmu – tak, jak dziś nie kwestionuje neoliberalizmu. W swoim dyskursie nie krytykuje globalizacji gospodarczej, a jedynie atakuje globalizację kulturową. Nie analizuje sprzeczności społecznych ani nie stara się z nimi walczyć. Zamyka ludzi w komunitaryzmie, uległości i bierności.

- Chce pan powiedzieć, że Stany Zjednoczone z zadowoleniem asystowały przy narodzinach islamizmu politycznego.

- Nie ograniczyły się do tego. Gdy tylko dostrzegły pierwiosnki tego islamizmu, włączyły się do gry i zaczęły robić na niej interesy. Znów trzeba odwołać się do historii. W 1955 r. odbyła się konferencja w Bandungu – było to niezwykle ważne wydarzenie afirmujące solidarność antyimperialistyczną narodów Azji i Afryki. Wywołało panikę w Waszyngtonie. W trzy lata później powstał Światowy Kongres Islamski.

- Kto go utworzył?

- Wszystko sfinansowały Arabia Saudyjska i Pakistan. Za nimi stały jednak Stany Zjednoczone. Gdy dowiedział się o tym Naser, wpadł we wściekłość. Do dziś pamiętam, jak krzyczał: Co to jest ten Światowy Kongres Islamski? Po co to komu, gdy mamy już konferencję w Bandungu? To cios zadany nam przez Amerykanów! Naser nie powiedział, że to cios zadany przez Pakistańczyków czy Saudyjczyków. Powiedział: przez Amerykanów. Natychmiast zrozumiał, że Waszyngton dąży do zerwania jedności i solidarności afroazjatyckiej…

- Dlatego wspomniał pan na początku o instrumentalizacji islamizmu przez Stany Zjednoczone.

- Oczywiście. Robią to już od czterdziestu lat. Znam to aż nadto dobrze. Sam tego doświadczyłem. Ilekroć my, przeciwnicy islamizmu politycznego, ruszaliśmy przeciwko niemu do natarcia, natykaliśmy się na ludzi z Zachodu – zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych. W ciągu ostatnich dziesięcioleci mocarstwa zachodnie w ogóle, a Stany Zjednoczone w szczególności, popierały ten islamizm. Zainwestowały w swoje poparcie miliony dolarów. Dzięki pomocy USA oraz ich sojuszników w Arabii Saudyjskiej i Zjednoczonych Emiratach Arabskich islamizm polityczny mógł wyposażyć się w szkoły i przychodnie lekarskie, ośrodki pomocy dla najbardziej upośledzonych, co teraz pozwala mu dysponować poważną bazą społeczną. Czy mam podać jeden z tysięcy przykładów? Kto, pani zdaniem, otrzymuje 90% pomocy udzielanej Egiptowi przez Waszyngton? Działające w tym kraju organizacje islamistyczne…

- Nawet teraz?

- Nawet teraz. To wszystko lipa, czysta hipokryzja. W ostatnich dziesięcioleciach, czy to bezpośrednio, czy za pośrednictwem Arabii Saudyjskiej i Emiratów, USA wsparły finansowo tysiące islamistów. Protegowały ich w sferze dyplomatycznej i politycznej. Szkoliły. Organizowały. Szkoliły jako terrorystów. Nie po to oczywiście, aby prowadzili działalność terrorystyczną przeciwko Stanom Zjednoczonym, lecz aby prowadzili ją przeciwko lewicy i umiarkowanym rządom w krajach arabskich.

Jaki jest cel terroryzmu w Egipcie?

Osłabienie rządu Mubaraka – nie jestem jego zwolennikiem – i zmuszenie, aby jeszcze bardziej ugiął się przed USA i Izraelem. Co jest celem terroryzmu w Algierii? Uniemożliwienie krystalizacji siły demokratycznej, która mogłaby stać się prawdziwą alternatywą wobec skorumpowanej dyktatury generałów z byłego FLN (Frontu Wyzwolenia Narodowego). Główne poparcie, jakie otrzymują zbrojne algierskie grupy islamskie, pochodzi z USA.
Czy pamięta pani pierwszy zamach na World Trade Center w 1993 r.? Wśród oskarżonych byli Egipcjanie, którzy w ciągu 48 godzin uzyskali zezwolenie na pobyt w USA. To rekord! Po zamachu udało im się umknąć amerykańskim służbom specjalnym i powrócili do Egiptu. Policja egipska zatrzymała ich na lotnisku i odesłała do USA. Wkrótce prasa egipska opublikowała list, który szef policji egipskiej wysłał do władz USA. Napisał w nim mniej więcej tak: “Odsyłamy wam waszych agentów, których dawno zidentyfikowaliśmy jako terrorystów. Sami ich sobie sądźcie.” Wszystko jasne jak słońce!
Powtarzam – odkąd utworzono Światowy Kongres Islamski, Stany Zjednoczono nie przestają popierać islamizmu politycznego; czynią to jawnie lub za pośrednictwem CIA. To fakt dowiedziony. Taka jest też historia Usamy ben Ladena. To sprawa archetypowa. Waszyngton nie działał tak jedynie w ramach “zimnej wojny” – wbrew temu, co twierdzą ci, którzy chcą zminimalizować w tej sprawie odpowiedzialność Stanów Zjednoczonych.

- Nie można zaprzeczyć, że do upadku Związku Radzieckiego ten wymiar “zimnej wojny” miał swoje znaczenie w strategii amerykańskiej.

- Tego nie neguję, ale to był tylko jeden wymiar problemu. USA, instrumentalizując islamizm, starały się przeciwdziałać jakiemukolwiek ruchowi narodowowyzwoleńczemu, ale również każdemu rządowi burżuazyjno-liberalnemu, no i oczywiście narodowo-populistycznemu. Należy kłaść nacisk na to, że od wielu dziesięcioleci imperializm amerykański jest wspólnikiem ultrareakcyjnego islamizmu politycznego.

UKRYTE CELE

- Jak więc wyjaśni pan zamachy z 11 września?

- Dopóki nie będziemy mieli w ręku odtajnionych dokumentów CIA – zresztą nie wiadomo, czy kiedykolwiek będziemy mieli do nich dostęp – dopóty nie będzie można ich wyjaśnić. Możemy jedynie stawiać hipotezy. Proszę zwrócić uwagę, że w wielu krajach arabskich i afrykańskich, zarówno w łonie klasy politycznej i intelektualnej, jak i w poważnej prasie – nie mam tu na myśli “żółtej” prasy – mówi się – co na Zachodzie jest absolutnym tabu – o możliwej roli CIA lub Mosadu (wywiadu izraelskiego) w tej aferze. Uwaga! Nie sugeruje się, że jedna z tych służb specjalnych zorganizowała zamachy, ale że być może, tak czy owak, wiedziała, że coś się szykuje i że nie zdając sobie sprawy z natury, rozmachu i strasznych skutków tego czegoś, postanowiła nie interweniować… Mówi się też – co również stanowi na Zachodzie tabu – o tym, że w zamachy mogły być zamieszane czynniki amerykańskie, w łonie czy to wywiadu, czy też aparatu wojskowego…

- Jeśli wspomina pan o tych poglądach, to znaczy, że nie całkiem je odrzuca, że nie wydają się panu zupełnie niedorzeczne…

- Dają mi wiele do myślenia. Stany Zjednoczone dysponują systematyczną strategią hegemoniczną. Najpierw określają cele geostrategiczne, a następnie starają się stworzyć sytuację, która pozwoliłaby im zrealizować swój projekt. Pamiętam, co się stało tuż przed wybuchem wojny w Zatoce. Saddam Husajn rozmawiał z panią ambasador Stanów Zjednoczonych i powiedział jej, że dłużej nie może już wytrzymać z Kuwejtem, który kradnie Irakowi ropę naftową. Zawiadomił ją, że szykuje się do inwazji wojskowej tego kraju. Pani ambasador poprosiła o 48 godzin czasu. Spotkali się ponownie w dwa dni później. Pani ambasador wyjaśniła Husajnowi, że Stanów Zjednoczonych nie wiąże z Kuwejtem żaden układ o pomocy wzajemnej. Husajn założył, że pani ambasador skonsultowała się z Waszyngtonem – i najechał Kuwejt. Wpadł w pułapkę.

- Więc pan nie wyklucza jakiejś machinacji…

- W końcu jakie ma znaczenie to, czy wykluczę, czy nie taką czy inną hipotezę? Kto wie, kto stał za zamachami z 11 września? Faktem jest natomiast to, że Stany Zjednoczone skorzystały natychmiast z okazji i przystąpiły do wojny w Azji Środkowej.

- Chce pan powiedzieć – w Afganistanie?

- Nie. Celowo mówię: “wojna w Azji Środkowej”. W ciągu minionych dziesięciu lat wybitni eksperci amerykańscy opublikowali kupę książek i raportów, w których dowodzą, że USA powinny przejąć kontrolę nad byłą radziecką Azją Środkową i Kaukazem. Zdaniem jednych jest to nieodzowne celem zawładnięcia ropą naftową i gazem znad Morza Kaspijskiego. Zdaniem innych – wśród nich są wojskowi – trwałe osadzenie się w sercu Eurazji ma kluczowe znaczenie, bo pozwoli USA wziąć w kleszcze trzy ważne kraje – Rosję, Chiny i Indie. Te dwa ostatnie, a jutro może również Rosja, jeśli zdoła wydobyć się z chaosu, w którym się pogrążyła, są w stanie opierać się globalizacji ponadnarodowej, którą Waszyngton pragnie narzucić kuli ziemskiej. To przeszkadza realizacji planów amerykańskich.
Kontrola złóż ropy naftowej i gazu w Azji Środkowej nie tylko jest rentowna pod względem gospodarczym, ale może również stać się potężnym orężem nacisku. Chiny i Indie potrzebują tych zasobów energetycznych – coraz bardziej od nich zależą. Gdyby okazały się zbyt krnąbrne lub postępowały niezależnie, Waszyngton mógłby zakręcić im kurki z gazem i ropą…
Ponadto po skonsolidowaniu swojej kontroli w tym regionie, Stany Zjednoczone będą mogły siać niezgodę między Chinami i Rosją lub Indiami i Chinami, aby zapobiec ewentualnemu zbliżeniu strategicznemu między tymi państwami.

- Ta obecność amerykańska w Eurazji zdaje się bardzo niepokoić Iran…

- Iran ma dość powodów do niepokoju, bo czuje się okrążony. Po zainstalowaniu się w Azji Środkowej USA będą mogły również jeszcze bardziej osaczyć Irak i wzmóc presję na Syrię i Egipt. Taka perspektywa bardzo cieszy Izrael.

IMPERIALIZM ZBIOROWY

- W swojej książce pt. Hegemonizm Stanów Zjednoczonym i zanik projektu europejskiego, opublikowanej przed dwoma laty we Francji, a w zeszłym roku w Hiszpanii, wyjaśnia pan, że wraz z wojną w Zatoce Stany Zjednoczone zainaugurowały trzecią fazę imperialistycznego podboju kuli ziemskiej…

- Pierwszy nastąpił w XVII i XVIII w. – był to podbój Ameryki i handel czarnymi niewolnikami. Drugi nastąpił w XIX w., kiedy to doszło do podboju Afryki i Azji. Potem nastąpiła kontrofensywa narodów – po uzyskaniu niepodległości przez kolonie angielskie w Ameryce Północnej i rewolucji wznieconej przez niewolników haitiańskich wielkie ruchy narodowowyzwoleńcze rozwinęły się w Azji i Afryce… Teraz wkraczamy w trzecią fazę, którą nazywam fazą zbiorowego imperializmu Triady.

- Stanów Zjednoczonych, Europy i Japonii?

- Właśnie. Dziś swoje prawo dyktuje amerykański, europejski i japoński kapitał ponadnarodowy i wielonarodowy, w łonie którego czasami mogą występować rozbieżności merkantylne, ale który ma w stosunku do Południa wspólne interesy. Ten imperializm Triady, chcąc narzucić swoją wolę, potrzebuje siły uderzeniowej – rolę takiej siły spełnia hegemonizm amerykański. Bez siły wojskowej USA imperializm Triady nie dałby sobie rady. Piszę pokrótce o tej sprawie w książce, o której pani wspomniała; stanowi ona główny temat książki, którą właśnie napisałem.

- Czy mógłby pan streścić zawartą w niej tezę?

- Okres po drugiej wojny światowej (1945-1980) cechowała hegemonia lewicy. Wynikało to zarówno z podwójnej klęski faszyzmu i starego kolonializmu, jak i ze zwycięstwa Związku Radzieckiego. Powstały systemy regulacji społecznej – państwo opiekuńcze w świecie zachodnim, system radziecki i rozmaite warianty nacjonalizmu populistycznego na Południu. Ten rozdział historii jest już zamknięty. Siły, które ożywiały ten etap, uległy erozji. Ich zmierzch stworzył warunki do ofensywy prawicy. Chwila historyczna, w której dziś żyjemy, to chwila hegemonizmu prawicy – brutalnej prawicy, która mobilizuje wszystkie pozostające w jej zasięgu środki polityczne i wojskowe celem narzucenia nowego ładu gospodarczego i społecznego.

Samir Amin rozmyśla przez parę sekund.

- Oczywiście, to nic nowego. Tak już bywało w historii. Poprzednio mocarstwami, które usiłowały siłą narzucić swoje projekty “nowego ładu”, były Niemcy hitlerowskie i cesarska Japonia. Natknęły się na opór narodów i na inne mocarstwa imperialistyczne, które też dążyły do hegemonii. Po drugiej wojnie światowej samo istnienie Związku Radzieckiego zmusiło USA do ograniczenia swoich ambicji. Nowość, i to niesłychanie niebezpieczna, polega na tym, że dziś Stany Zjednoczone, które dominują w Triadzie, uważają, że nikomu już nie muszą się opowiadać.
Ze stosu książek wyjmuje Zderzenie cywilizacji Samuela Huntingtona. To wiele mówiąca książka – stwierdza i ją kartkuje.

- Teza tego człowieka, który nie jest niezależnym uczonym, lecz urzędnikiem na służbie establishmentu amerykańskiego, przypomina mi Mein Kampf Hitlera…

- Czyżbym się przesłyszała?

- Nie. Dobrze pani usłyszała. Rasizm to obecnie środek, po który gwoli swojej konsolidacji postanowił sięgnąć blok Triady imperialistycznej: oto cywilizowanym zagrażają barbarzyńcy (wszystkie narody Azji i Afryki, a potencjalnie może również Rosjanie). W tym znaczeniu tematyka Zderzenia cywilizacji przywodzi mi na myśl Mein Kampf. W obu przypadkach robi się użytek z tej samej trywialnej logiki – narody wyższe (wczoraj Niemcy nazistowscy, dziś Amerykanie i Europejczycy) mają prawo poddać narody dzikie swojej dyktaturze. Narody wyższe mogą w dalszym ciągu korzystać ze swoich stylów życia tylko pod warunkiem, że pozbawią pozostałe wszelkiej nadziei na korzystanie ze swoich przywilejów. To prosta logika rasizmu fundamentalnego, który wyraża się z całą wulgarnością w tym, na co stać Busha czy Silvio Berlusconiego. Mein Kampf też był książką trywialną i wulgarną. Z tego w dużej mierze czerpała swoją siłę.

- To brutalne porównanie…

- Moje porównanie nie jest brutalne – brutalna jest treść tej książki i ideologia amerykańskiej Partii Republikańskiej, podzielana lub tolerowana przez Europejczyków. Przywódcy bloku zachodniego uważają, że aby osiągnąć swój cel, nie wystarczy to bezczelne odwołanie się do rasizmu. Uważają ponadto, że pilnym zadaniem jest zakneblowanie społecznych i politycznych ruchów oporu, które konsolidują się w łonie samego “cywilizowanego” Zachodu. Walka z terroryzmem dała im pretekst, który wart jest góry złota. Jesteśmy już świadkami odradzania się maccarthyzmu w USA, a w Europie bardzo antydemokratyczne środki, jakie podjęto przeciwko terroryzmowi, wkrótce obrócą się przeciwko opozycji wobec modelu neoliberalnego. Zaczyna się diabolizować ruch antyglobalizacyjny. Czyni się perwersyjne amalgamaty między przemocą, jaka towarzyszy starciom tych, którzy demonstrują przeciwko globalizacji neoliberalnej, z policją, a operacjami terrorystycznymi… Berlusconi to ekspert w tej dziedzinie. Lecz nie on jeden

- Wyobrażam sobie, że ta sprawa będzie szeroko dyskutowana na II Światowym Forum Społecznym, które w końcu stycznia zacznie obradować w Porto Alegre.

- Oczywiście. Strategia budowy międzynarodowego frontu walki narodów z projektem Triady i hegemonizmem amerykańskim wymaga, aby walka ta była systematyczna i aby prowadzono ją zarówno z neoliberalizmem gospodarczym, jak i z wojną. Dla nas jest oczywiste, że globalizacja neoliberalna i militaryzacja tej formy globalizacji stały się nierozłączne.
Nie można walczyć jedynie z tym czy innym wymiarem neoliberalizmu gospodarczego w ośrodkach systemu (w Stanach Zjednoczonych lub w Europie), a nie walczyć z interwencjami wojskowymi na jego peryferiach. Te interwencje nie wynikają z niezależnej logiki – przeciwnie, są częścią składową panoszenia się gospodarki neoliberalnej.

Samir Amin (ur. w 1931 r. w Egipcie) – wykształcony we Francji myśliciel społeczny, zajmuje się teorią systemu światowego, nierównomiernego rozwoju i kapitalizmu peryferyjnego, krytyką globalizacji neoliberalenej i europocentryzmu. Autor m.in. Accumulation on a World Scale (1970), Le développement inégal: Essai sur les formations sociales du capitalisme périphérique (1973), L’eurocentrisme: Critique d’une idéologie (1988), Empire of Chaos (1992), Re-Reading the Postwar Period (1994), Spectres of Capitalism (1998). Kieruje afrykańskim biurem Forum Trzeciego Świata w Dakarze i przewodniczy Światowemu Forum Rozwiązań Alternatywnych.

* Artykuł ten ukazał się w tygodniku Proceso (Meksyk) z 27 stycznia 2002 r.