Oprawcy właśnie uciekli, ale pozostał horror. Był tam słup, przy którym chłostano więźniów i były kraty okienne, do których na wiele dni przywiązywano ich nagich, a nocami oblewano lodowatą wodą. Były przewody elektryczne do małego dynama – maszyny, którą w akcie miłosierdzia śledczy zabrali ze sobą do Izraela; więźniowie wrzeszczeli z bólu, gdy elektrodami dotykano ich palców czy penisów. Były również kajdanki; jedną parę podarował mi wczoraj po południu pewien były więzień.
W stali wytłoczone są słowa: “The Peerless Handcuff Co. Springfield, Mass. Made in USA.” Jestem ciekaw, czy dyrektorzy tej firmy w Springfield wiedzieli, co robią, gdy sprzedawali te kajdanki.
W ciągu wielu lat używano ich do krępowania rąk więźniom przed przesłuchaniem. Nosili je dzień i noc, gdy ich kopano – kopano tak strasznie, że w przypadku Sulejmana Ramadana musiano później amputować ramię ofiary. Inny więzień był tak bardzo bity, że stracił władzę w nodze. Wczoraj w więzieniu Chiam znalazłem jego kulę – razem ze stosami listów, które więźniowie wysyłali za pośrednictwem Czerwonego Krzyża i których wysyłką strażnicy ze stworzonej przez Izrael milicji zwanej “Armią Libanu Południowego” – właśnie przestała istnieć – nigdy nie zawracali sobie głowy.
Co sprawia, że ludzie dopuszczają się takich czynów? Wśród więźniów – w ciągu dwóch dziesięcioleci istnienia więzienia w Chiam były ich tysiące – znajdowali się partyzanci, ich krewni, tuziny cywilów, których zbrodnią była niewinność, którzy nie chcieli kolaborować z Izraelczykami lub z Armią Libanu Południowego, odmówili wstąpienia do tej małej, ale morderczej milicji czy nie chcieli przekazać Izraelczykom informacji o armii libańskiej.
“Byłem przywiązany nago przez trzynaście dni”, powiedział mi Abdullah Attija, gdy spacerowaliśmy brudnym pasażem obok murów fortu z czasów francuskiej władzy powierniczej. “Założyli mi na głowę worek i oblewali dzień i noc zimną wodą.”
Kaptury jeszcze tam leżały – duże, jasnoniebieskie worki ze sztruksu, a w nich ręczniki – niektóre zakupione od żołnierzy norweskiego kontyngentu sił pokojowych ONZ, bo wyszyto na nich godło Narodów Zjednoczonych – podobnie jak drut, którym bito innych więźniów, w tym kobiety. Wielki, gruby drut oprawiony w niebieski plastik. Oprawcy byli sadystami, często durniami. W ich plugawych kwaterach leżały czasopisma pornograficzne, tanie komiksy i łamigłówki. Izrael postanowił nauczyć tych ludzi roboty, do której byli powołani.
Na oddziale kobiecym znaleźliśmy pamiątki po dziewczętach. Rysunek ryby z przywiązanym do niej sercem i malunek sześciu białych koni pędzących przez ciemne pole. Był tam obrazek ze św. Mikołajem wycięty z opakowania czekolady. I były nazwiska. “Zejna Kutasz, urodzona 3. IX. 79, aresztowana 7. V. 99, zwolniona 3. I. 2000.” Były nazwiska Rany Awady i Ismahan Ali Chalil, która miała zaledwie 19 lat, gdy Armia Libanu Południowego przywlokła ją w to potworne miejsce. “Jakże wieloma kroplami krwi zroszono naszą ziemię – i jak wiele z nich nie rozkwitło?”, napisała na ścianie. A obok słowa: “Pamiętajcie o mnie.”
Przedwcześnie postarzali ludzie, którzy gnili w Chiam, wrócili tam wczoraj, w chwili wyzwolenia katowni, aby na nowo przeżyć swoją udrękę.
Wydaje mi się, że zło zawsze jest banalne, a mimo to uderzyło mnie, jak ohydne to miejsce, jak brudne, śmierdzące – tak, jakby nikczemność jakoś przeżarła więzienie. Z umywalek cuchnęło, żywność gniła, podłogi w celach pokrywały odchody. Karcer dla mężczyzn to dziura w ziemi pod betonową przykrywą z otworem, przez który dochodziło powietrze. Obok złamana drewniana pałka policyjna. Napisano na niej długopisem “Pies Zorro”.
Było tam trochę ludzkich strażników. Jeden z byłych więźniów przypomniał nazwisko Tanniusa Nahary, milicjanta z Armii Libanu Południowego pochodzącego z Oleia, który chciał dostarczyć więźniom żywność i papierosy. Za to, że był dobry, zwolniono go i zagrożono wtrąceniem do więzienia, w którym pracował. Natomiast wszyscy okrutni strażnicy uciekli parę godzin wcześniej do Izraela.
Ibrahimowi Kalaszowi pozwalano kąpać się co czterdzieści dni. “Jeśli wylaliśmy wodę na podłogę, kazali nam ją zlizywać”, wspominał.
“Dziwicie się, że nie uciekaliśmy? Czterech to zrobiło. Jednemu się udało, drugiego zastrzelili, trzeciego schwytali, a czwarty wpadł na minę – stracił nogę i oko.” Wokół więzienia są pola minowe. “Przyszedł oficer izraelski i powiedział ludziom z Armii Libanu Południowego: «Zniszczcie wszelką zieleń»”, opowiadał Abdullah Attija. “Dlatego tam nie ma drzew – tylko wysoka trawa, a w ziemi miny.”
Pokoje, w których przesłuchiwano, były tak banalne, jak pracujący w nich ludzie. Na podłodze leżały rozrzucone karty do gry, słoiki, z których pito kawę, hełmy, nie wyprana odzież i sterta podkładek pod szklanki z piwem, na których widniał napis: “Duszpasterstwo Luterańskie na Bliskim Wschodzie”. Gassan Abu Aissa, dobrze znany kapuś – pracujący dla Armii Libanu Południowego i Izraelczyków, ale trzymany razem z więźniami – pozostawił nawet po sobie notatnik z dziecinnymi wierszami miłosnymi – chorobliwą skargą na beznadziejność namiętnego uczucia. Abu Ahlan, więzień, który był prawym człowiekiem, napisał na ścianie: “Liban jest nasz, a po nas będzie należał do naszych dzieci.” Przypuszczam, że to dlatego tacy jak on przyszli wczoraj do Chiam.
Abdullah Attija zaprowadził mnie na strażnicę i popatrzył stamtąd na ziemię i góry, których nigdy nie pozwalano mu obejrzeć, gdy był więźniem. “To miejsce”, rzekł, “należy na zawsze zachować jako świadka naszej historii.”
Robert Fisk
* Artykuł ten ukazał się 25 maja 2000 r. w dzienniku The Independent (Londyn).
