Arabska jedność jest dziś bardziej mitem niż faktem. Ostatni atak Izraela na Strefę Gazy zamiast zjednoczyć państwa arabskie wokół sprawy palestyńskiej, uwidocznił tylko ich głębokie podziały.
Utrata arabskiej Palestyny w 1948 r., jak i los palestyńskich uchodźców są kwestią rozpalającą emocje arabskiej ulicy oraz skłaniającą przywódców regionu do – przynajmniej deklarowanego – zaangażowania. Kwestia palestyńska, z jednej strony tradycyjnie jednoczyła świat arabski, z drugiej – stała się fasadą dla braku arabskiej jedności. W praktyce kraje regionu nie są w stanie działać jednomyślnie, dlatego też symboliczne “jednoczą się” wokół Palestyny. Jednak podczas ostatniego, trwającego ponad trzy tygodnie ataku Izraela na Strefę Gazy, państwa arabskie nie były w stanie wypracować jednolitego stanowiska w tej kwestii. Izraelska ofensywa uwidoczniła ich podział na dwa obozy: „umiarkowany” obóz krajów pro-amerykańskich, zaniepokojonych rosnącymi wpływami Iranu (Arabia Saudyjska, Egipt i Jordania) oraz obóz „radykalny” (nazywany także w publikacjach angielskich „rejectionist front” (frontem odmowy); wspierana przez Iran Syria oraz jej klienci Hamas i Hezbollah). Po stronie obozu „radykałów” na czas konfliktu stanął także Katar, którego rola w regionie znacząco dziś rośnie[1]. Dodatkowa linia podziału biegnie wzdłuż różnic wyznaniowych. Państwa „umiarkowane” są rządzone przez sunnitów, natomiast konstelację Iran-Syria-Hezbollah (jak i nowe władze w Bagdadzie) określa się mianem „szyickiego półksiężyca”.
Obóz „umiarkowany” wspiera palestyńskiego prezydenta Mahmuda Abbasa, odrzucając rządzący w Strefie Gazy Hamas. Nie jest to jedynie wyrazem dostosowywania się do polityki Zachodu, który uważa Hamas za organizację terrorystyczną i nie chce mieć z nim żadnych bezpośrednich kontaktów. Zwłaszcza Egipt, jak i częściowo Jordania, odrzucają Hamas ze względu na jego przynajmniej ideologiczny związek z Bractwem Muzułmańskim (stanowiącym realne zagrożenie dla władz w Kairze, jak i zyskującym na znaczeniu w Jordanii). Egipt i Arabia Saudyjska posunęły się nawet do stwierdzenia, że to Hamas sprowokował izraelski atak i w domyśle jest „sam sobie winien”. Ich stanowisko, zderzone z dramatycznymi obrazami z Gazy, spotkało się z potępieniem tłumów, które wyszły na ulice demonstrując już nie tylko przeciwko Izraelowi i Ameryce. Sympatia tak zwanej arabskiej ulicy była zdecydowanie po stronie bombardowanych mieszkańców Gazy a więc w dużej mierze także po stronie rządzącego w Gazie Hamasu.
Na szczycie arabskim w Doha, zorganizowanym przez Katar kiedy trwały bombardowania, gościli przywódcy Hamasu, jak i irański prezydent Mahmud Ahmadineżad. Zaproszenie zignorowały Arabia Saudyjska, Egipt i Jordania, a także kilka innych państw. Oba obozy spotkały się dopiero na późniejszym szczycie gospodarczym w Kuwejcie. Jego pierwotnym celem miało być znalezienie rozwiązań na dławiące świat arabski problemy rozwojowe (takie jak bieda, analfabetyzm, nieefektywne szkolnictwo, bezrobocie, niewystarczające zasoby wodne i żywnościowe). Dyskutowano jednak – bezowocnie – o Gazie. Nie po raz pierwszy zresztą kwestia Palestyny posłużyła jako substytut dyskusji o „problemach domowych”, za które przywódcy świata arabskiego ponoszą przecież odpowiedzialność. Jak powiedział w trakcie owego szczytu sekretarz generalny Ligi Państw Arabskich Amr Mussa „nie możemy pomijać kwestii zacofania naszych społeczeństw”. „Arabski okręt tonie” – dodał. Podobnego zdania są i inni przywódcy, na przykład libański premier Fuad Siniora, który przypomniał o katastrofalnej sytuacji arabskich uniwersytetów czy o 50 milionach nowych stanowisk pracy, które należałoby stworzyć w ciągu 20 lat by utrzymać bezrobocie na obecnym poziomie. „Świat arabski nie jest w stanie w żaden sposób konkurować z resztą świata” – twierdził na łamach International Herald Tribune obecny na szczycie w Doha korespondent gazety Michael Slackman. Przypomniał, że kraje arabskie dyskutują o stworzeniu czegoś na kształt Unii Europejskiej, już od lat 40. ubiegłego wieku. Dziś kwestia ta nadal pozostaje przedmiotem dyskusji.
Rozwój społeczny i gospodarczy krajów Bliskiego Wschodu przełożyłby się na ich silniejszą pozycję w konflikcie z Izraelem, co wydaje się być przecież ich celem priorytetowym. Jednocześnie rozwiązanie kwestii palestyńskiej nie rozwiąże problemów dławiących społeczeństwa arabskie, ale może usunąć poważną przeszkodę na tej drodze. Sytuacja w Palestynie stanowi w końcu doskonałą wymówkę dla wszelkich problemów wewnętrznych (takich jak ograniczenia wolności obywatelskich). Jedność arabska (polityczna, społeczna, jak i ekonomiczna), główny motor ideologii panarabizmu, jak i funkcjonującej w tym duchu Ligii Państw Arabskich, w kontekście unaocznionych ostatnio podziałów wydaje się być kwestią historii. Palestyna jednoczy tylko w takim zakresie w jakim jest użyteczna propagandowo. Rządy arabskie utrzymują swoje społeczeństwa w przekonaniu, że bycie Arabem jest równoznaczne z „wiernością Palestynie”. Nie pociąga to natomiast za sobą ani skoordynowanych działań, ani nawet nie ułatwia sytuacji uchodźców palestyńskich w krajach arabskich[2]. Sentyment arabskiej ulicy do Palestyny będzie się jednak tylko pogłębiał, zwłaszcza z każdym kolejnym izraelskim atakiem, arabscy przywódcy będą dalej zapewniać o swoim zaangażowaniu i jednocześnie wspierać wybrany fragment palestyńskiej sceny politycznej. Podziały wśród Palestyńczyków, jak i w reszcie świata arabskiego będą się nieuchronnie pogłębiać.
maq
[1] Katar nie tylko wynegocjował w zeszłym roku porozumienie pomiędzy głównymi graczami stojącego u progu wojny domowej Libanu, ale jest także zaangażowany w negocjacje w kwestii Darfuru.
[2] Sytuacja uchodźców palestyńskich różni się w zależności od kraju przyjmującego. Zdecydowanie najgorsza jest w Libanie, gdzie przysługują im bardzo ograniczone prawa zmuszające do egzystencji w skandalicznych warunkach.
