Plany ataku na Gazę opracowywano przez 6 miesięcy, przeprowadzono go z zegarmistrzowską precyzją, zaś jego celem pozostaje ułatwienie zwycięstwa w nadchodzących wyborach partiom rządzącym. W cynicznej przepychance między prawicą a skrajną prawicą z trupów Palestyńczyków wyrabia się kiełbasę wyborczą. Choć Waszyngton i jego sojusznicy z Unii Europejskiej byli doskonale świadomi nadchodzącego ataku na Gazę, przyjęli postawę biernego oczekiwania – tak jak w 2006 r. w przypadku Libanu.
Rozlew krwi w Gazie sprawia, że obie strony stają wobec rozległych problemów o charakterze strategicznym, związanych z najnowszą historią. Po pierwsze, trzeba przyjąć do wiadomości, że Autonomia Palestyńska to fikcja. Dla Palestyńczyków porozumienia z Oslo okazały się nieszczęściem, równając się utworzeniu oderwanych od siebie, marniejących gett, bezustannie nadzorowanych przez brutalnego najeźdźcę. Niegdysiejsza skarbnica nadziei Palestyńczyków, jaką była Organizacja Wyzwolenia Palestyny, umiała już tylko żebrać o kieszonkowe z Unii Europejskiej.
Zachód przestaje być wielbicielem demokracji, gdy zwycięzcy wyborów pozostają mu niechętni. Zachód i Izrael zrobiły wszystko, by zapewnić zwycięstwo Al-Fatah. Lecz palestyńscy wyborcy rozprawili się z chórem gróźb, nie dali się przekupić „społeczności międzynarodowej”, mimo kampanii, w ramach której Izraelskie Siły Obronne rutynowo aresztowały i atakowały członków Hamasu i innych dysydentów oraz konfiskowały i niszczyły ich plakaty wyborcze, przelewano fundusze z USA i Unii Europejskiej na konta Al-Fatah, a północnoamerykańscy kongresmeni obwieszczali, że Hamas nie powinien być dopuszczony do wyborów.
Nawet termin wyborów został ustalony tak, by sprzyjał szwindlom. Początkowo miały się one odbyć latem 2005 r., przesunięto je jednak na styczeń 2006 r., tak by Abbas miał czas na rozdysponowanie aktywów w Gazie.
Lecz silniejsza niż to wszystko okazała się powszechna wola posprzątania po latach korupcji, zastraszenia i rozpasania pod rządami Al-Fatah. Rządzący i media w świecie atlantyckim uznały wyborczy triumf Hamasu za widomy znak wzrostu fundamentalizmu i potężny cios dla wysiłków na rzecz pokoju. Natychmiast zastosowano presję finansową i dyplomatyczną w celu zmuszenia Hamasu do prowadzenia tej samej polityki, jaką prowadziła pokonana przezeń partia. Hamas, który w przeciwieństwie do Autonomii nie był skompromitowany chciwością i lokajstwem, bogaceniem się rozgadanych służalców i policjantów, oraz ich przyzwoleniem na „proces pokojowy”, dla rządzonej ludności oznaczający wyłącznie dalsze wydziedziczenie i nędzę, wskazał alternatywę swym jasnym przykładem. Nie mając środków, jakimi dysponował przeciwnik, wybudował kliniki, szkoły, szpitale, zaoferował biednym szkolenia zawodowe i programy socjalne. Jego przywódcy i kadry prowadziły skromne życie zwykłych ludzi.
To nie recytowane wersety z Koranu, lecz zdolność odpowiedzenia na codzienne potrzeby zapewniła Hamasowi szeroką bazę poparcia. Trudno powiedzieć, o ile wzmocnił je przebieg Drugiej Intifady. Podobnie jak w przypadku związanych z Al-Fatah Brygad Męczenników Al-Aksa czy Islamskiego Dżihadu, jego zbrojne ataki wymierzone w Izrael pozostawały odpowiedzią na okupację, która pochłonęła o wiele więcej ofiar niż wszystkie podjęte przez to ugrupowanie działania. Wobec skali zabójstw, jakich dopuszczała się armia izraelska, działania Palestyńczyków jawią się jako nieliczne i epizodyczne. Jaskrawo odsłoniło tę asymetrię jednostronne zawieszenie broni przez Hamas, który ogłosił je w czerwcu 2003 r. i utrzymał do końca lata, bez względu na trwającą izraelską kampanię najazdów i masowych aresztowań, podczas których 300 działaczy Hamasu zostało porwanych z Zachodniego Brzegu.
19 sierpnia 2003 r. samozwańcza komórka „Hamasu” z Hebronu, nieuznawana i potępiona przez oficjalne przywództwo, wysadziła autobus w zachodniej Jerozolimie. Izrael odpowiedział błyskawicznie, zabijając Ismaila Abu Szanaba, odpowiedzialnego w Hamasie za negocjacje w sprawie zawieszenia broni. Wówczas Hamas odpowiedział. W efekcie Autonomia Palestyńska i kraje arabskie obcięły fundusze placówkom charytatywnym Hamasu, zaś we wrześniu 2003 r. Unia Europejska uznała – czego od dawna domagał się Tel Awiw – cały Hamas za organizację terrorystyczną.
W beznadziejnie nierównej walce Hamas wyróżnił się w istocie nie zamachami samobójczymi, których dokonywało też wiele rywalizujących z nim ugrupowań, lecz najwyższą dyscypliną – czego dowiodła jego zdolność do utrzymania jednostronnie zadeklarowanego zawieszenia broni z Izraelem w ub. roku. Należy potępić wszystkie zabójstwa cywilów, lecz nade wszystko dokonuje ich Izrael, zaś europejska i amerykańska obłuda każe wskazywać palcem jedynie na tych, dla których są one ostatecznością. Morderczym kamaszem tupie przede wszystkim druga strona, bezlitośnie depcząca Palestynę nowoczesna armia, zbrojna w samoloty, czołgi i rakiety, odpowiedzialna za najdłuższy zbrojny ucisk w najnowszej historii.
Były szef izraelskiego wywiadu wojskowego, Szlomo Gazit, powiedział w 1993 r.: „Nikt nie może sprzeciwiać się czy potępiać rewolty przeciw siłom okupacyjnym ze strony ludzi, którzy od 45 lat cierpią z rąk uzbrojonego okupanta.” W istocie Unia Europejska i USA są rozsierdzone na Hamas dlatego, że odmówił uznania porozumień z Oslo oraz odrzucił kolejne propozycje od Taby po Genewę, nie godząc się na klęski Palestyńczyków. Zachód pragnął przede wszystkim przetrącić kręgosłup ruchowi oporu. Broń w postaci obcięcia funduszy Autonomii Palestyńskiej miała przecież zmusić Hamas do wywieszenia białej flagi. Tak jak wzmocnienie, kosztem Rady Ustawodawczej, władzy prezydenta Abbasa – zainstalowanego przez Waszyngton równie bezceremonialnie jak Karzaj w Kabulu.
Nie podjęto jakichkolwiek prób negocjacji z wybranym przez Palestyńczyków przywództwem. Wątpię, by Hamas nagle dał się przekupić i iść na pasku interesów zachodnich i izraelskich, choć miałoby to swoje precedensy. Hamas wraz ze swą tradycją programową pozostaje więźniem największej słabości nacjonalizmu palestyńskiego: przekonania, że wybór polityczny ogranicza się albo do całkowitego przekreślenia obecności Izraela, albo też do przyjęcia ochłapów jednej piątej kraju. Jak dowiodła historia Al-Fatah, droga od bzdurnego maksymalizmu do żałosnego minimalizmu jest krótka.
Przed Hamasem nie stoi próba dowiedzenia, że potrafi dogodzić zachodniemu widzimisię, lecz próba zdolności zerwania z tą pożałowania godną tradycją. Niedługo po wyborczym zwycięstwie Hamasu, jeden z Palestyńczyków w Gazie publicznie zapytał mnie, co zrobiłbym na jego miejscu. Powiedziałem: „zdemontowałbym Autonomię Palestyńską” – i dał spokój z samooszukiwaniem się. W ten sposób dałoby się osadzić narodową sprawę palestyńską na właściwej podstawie, i należałoby wysunąć żądanie podziału kraju i jego bogactw po równo – nie 80% dla jednych i 20% dla drugich, gdyż tak nikczemnego wydziedziczenia nie zniesie na dłuższą metę żaden naród, zachowujący dla siebie szacunek. Jedyną alternatywą jest jedno wspólne państwo dla Żydów i Palestyńczyków, stanowiące zadośćuczynienie za syjonistyczną uzurpację. Nie ma innej drogi.
Tariq Ali – brytyjski pisarz polityczny, dziennikarz i producent telewizyjny.
tłum. Paweł Michał Bartolik
