Od czasu pierwszej wojny w Zatoce (1990-1991) bliskowschodnie kraje arabskie przeżyły całą serię wstrząsów i zawirowań, które wszędzie indziej zdołałyby zdestabilizować rządzące reżimy. A jednak polityczne, ideologiczne i społeczne wyzwania, jakim władze państw Bliskiego Wschodu próbują sprostać od prawie 20 lat, nie naruszyły wcale archaicznych struktur, tak jak wcześniej nie podkopały ich ani II wojna światowa, ani proces dekolonizacji. W sytuacji, gdy miejscowi zwolennicy przemian nie zdołali zorganizować skutecznych ruchów opozycyjnych, reżimy, które – jak się wydawało – tracą resztkę wiarygodności, odzyskują dziś zaufanie świata i nie wypuszczają steru z rąk.
Przypomnijmy sobie optymistyczną retorykę, która zalała świat zachodni po upadku Muru Berlińskiego w listopadzie 1989 r. i pierwszej wojnie w Zatoce (styczeń-marzec 1991), gdy Saddam Husajn został wyparty z Kuwejtu, a nowy ład światowy nadchodził wielkimi krokami. Wszędzie – również w Palestynie – od tej pory miały być respektowane zasady prawa międzynarodowego i rezolucje ONZ. Potężna fala demokratyzacji miała ogarnąć wszystkie kraje arabskie.[1] Jak świat długi i szeroki, prawa człowieka i zasady demokracji miały być interpretowane w ten sam sposób, zaś autorytarne reżimy miały z własnej i nieprzymuszonej woli poddać się demokratyzacji.
W dziedzinie gospodarczej uważano, że „dostosowania strukturalne” (w tym prywatyzacja i ograniczenie subwencji państwowych, umowy o wolnej wymianie handlowej, ułatwienia inwestycyjne i poparcie dla przedsiębiorczości) przyczynią się do powstania nowej klasy średniej. Ta grupa zaś, wraz z innymi siłami regionalnymi i międzynarodowymi, miała pchnąć Bliski Wschód na drogę rozwoju gospodarczego i demokratyzacji. Podobnie jak w Ameryce Południowej czy na południu Europy (Hiszpania, Grecja, Włochy), tak i tu przedsiębiorczym i rzutkim elitom przypisano rolę katalizatora przemian politycznych.[2] W ten sposób Bliski Wschód włączyć się miał w ogólnoświatowy ruch ku dobrobytowi i postępowi.
20 lat później, bilans tych oczekiwań i nadziei (zarówno w dziedzinie politycznej, gospodarczej i ideologicznej, jak i w odniesieniu do stosunków międzynarodowych) wypada bardzo mizernie.
Zmiany bez zmian
Bliski Wschód zdominowany jest dziś przez trzy rodzaje reżimów politycznych: ścisły reżim autorytarny (Libia, Syria), gdzie nie próbuje się nawet tworzyć pozorów pluralizmu, reżim hybrydalny (Algieria, Egipt, Jordania, Maroko, Sudan, Jemen), gdzie autorytaryzm współistnieje z pewnymi formami pluralizmu, wreszcie reżim otwarty, którego jedynym przykładem jest jak na razie Mauretania, po tym jak przeżyła głębokie przemiany.
Jeżeli chodzi natomiast o gospodarkę, to o ile polityka neoliberalna rzeczywiście przyniosła pewien wzrost ekonomiczny, o tyle wcale nie przekształciła regionu w aktywnego uczestnika światowej gospodarki, ani też nie zlikwidowała biedy czy nierówności społecznych, które poważnie dotknęły cały Bliski Wschód. Oczywiście kraje naftowe toną w powodzi dolarów, zawdzięczają to jednak przede wszystkim szalonemu wzrostowi cen ropy, a kapitał ten nie przekłada się na jakiekolwiek zmiany strukturalne. Dzięki instytucjom takim jak fundusze niezależne, niektóre kraje naftowe wykorzystują swój potencjał finansowy, nabywając nieruchomości czy przedsiębiorstwa przeżywających kryzys państw uprzemysłowionych, różnicując w ten sposób własne źródła dochodów.
Nie świadczy to jednak w żadnej mierze o udanej transformacji struktur gospodarczych regionu, lecz jest jedynie wynikiem kryzysu, jaki przeżywa Północ. Jeżeli zaś chodzi o inne wielkie kraje arabskie, borykają się one nadal z poważnymi problemami wynikającymi z faktu, że znaczną część ich społeczeństw stanowi żyjąca w nędzy młodzież. Egipt, najludniejszy spośród krajów arabskich, nie zdołał wyzwolić się ze swojej rentierskiej roli, a strategiczne miejsce w jego gospodarce zajmuje pomoc zagraniczna.
Jeżeli zaś idzie o nowe klasy średnie, to pozostają one zależne od wpływów z eksploatacji złóż ropy naftowej i tkwią głęboko w klientystycznych układach społecznych, które w żaden sposób nie zostały naruszone. Państwo autorytarne – czy to pod postacią monarchii, czy też republiki – ma się doskonale, wykazując się niezwykłą umiejętnością przystosowania. Bogaci ludzie interesów zawdzięczają swoje wpływy państwu i przyznawanym przez nie kontraktom, tymczasem mniej znaczni przedsiębiorcy (łącznie z handlarzami obnośnym towarem) podlegają niezmiennie ministerialnym nakazom, drobiazgowym regulacjom i zmuszeni są do podporządkowania się systemowi korupcji. Nawet przedstawiciele wolnych zawodów i intelektualiści są uzależnieni od instytucji państwowych, a za każde przekroczenie ustalonych przez nie granic przychodzi im płacić wysoką cenę.
Różne oblicza klasy średniej
Określenie „klasy średnie” jest zresztą bardzo pojemne i zawiera w sobie cały szereg różnych grup społecznych od przedsiębiorców i ludzi interesu począwszy, poprzez nauczycieli, pielęgniarki, handlarzy, artystów, na urzędnikach skończywszy. Niektórzy spośród nich należą do starych rodzin dobrze zakorzenionych w strukturach regionalnych i ogólnopaństwowych, inni są natomiast pierwszym pokoleniem, które wzniosło się ponad życie na poziomie przetrwania i wyrwało z analfabetyzmu. W razie kryzysu, wielu z nich na powrót wpadnie w dawną nędzę. Wysocy rangą wojskowi tworzą dziś nową burżuazję i kontrolują ważne dla gospodarki inwestycje. Wraz z wysokimi urzędnikami i przedstawicielami państwowej biurokracji, którzy dzięki sprawowanym funkcjom doszli do znacznych majątków, stanowią oni – w ramach „klasy średniej” – grupę niechętną wszelkim przemianom.
Znajdziemy tu również „zglobalizowaną” klasę średnią, którą tworzą dwie kategorie osób. Z jednej strony, żyjący na emigracji biznesmeni i pracownicy wykwalifikowani, których wsparcie finansowe dla pozostałych w kraju rodzin pozwala im na zakup małych sklepów czy otwarcie innego rodzaju niewielkich interesów. Z drugiej – przedstawiciele grup społecznych, które nie mają żadnych perspektyw w kraju i dla których jedyną szansą na poprawę bytu jest wyjazd za granicę, nawet jeżeli powodzenie takiego przedsięwzięcia graniczy z cudem.[3]
Ta dwojakiego rodzaju emigracja bierze się z jednego i tego samego problemu: państwo w coraz mniejszym stopniu wypełnia swoją rolę dostarczyciela pracy i gwaranta ochrony socjalnej. W ten sposób jednostka traci powoli poczucie więzi między swoim własnym losem, a jakimkolwiek podzielanym przez wszystkich projektem narodowym.
Trzeba zresztą podkreślić, że owe różnorodne „klasy średnie” stanowią jedynie maleńki procent społeczeństw w krajach, w których olbrzymia większość obywateli żyje na granicy ubóstwa, a państwowa edukacja tkwi w powijakach. Jednostki domagające się liberalizacji i demokratyzacji należą właśnie do tych niejednorodnych „klas średnich”, wśród których są studenci, przedstawiciele wolnych zawodów, osoby prowadzące własne niewielkie interesy, adwokaci, prawnicy oraz przedstawiciele zmarginalizowanych grup społecznych (kobiety, grupy etniczne, regionalne, językowe). Jak się jednak mają ich żądania do materialnych oczekiwań najbiedniejszych warstw społeczeństwa?
Neoliberalna lokomotywa konserwatyzmu
Wszystkie te grupy zgodnie domagają się „demokracji”, jednak na poziomie regionalnym mają różne priorytety i za najistotniejsze uznają odmienne kwestie. Formy, jakie przybiera liberalizacja gospodarcza i polityczna od początku lat 90., nie przyczyniają się do upowszechnienia postępowej i laickiej ideologii wśród klasy średniej i warstw ludowych. Nawet wśród tradycyjnie laickich i lewicowych grup, takich jak np. studenci, najlepszym wyrazicielem społecznego niezadowolenia i oczekiwania zmian staje się obecnie islamski fundamentalizm, który przybiera różne formy.
O ile głosy osób o przekonaniach laickich i zwolenników fundamentalizmu religijnego zlewają się w jeden wspólny chór domagający się demokratyzacji, o tyle jej wizje są bardzo odmienne. Jedni głoszą ład społeczny oparty na prawie i powszechnie uznanych nowoczesnych zasadach politycznych, drudzy natomiast propagują system polityczny bazujący na zasadach koranicznych. Jedni domagają się uznania woli ludu, która ograniczana byłaby jedynie przez prawo, dla drugich zaś najwyższym prawem ma stać się system wierzeń. I nawet jeśli wśród egipskich Braci Muzułmanów czy w marokańskiej Partii Sprawiedliwości i Rozwoju daje się obecnie zauważyć zapowiedź pewnego zwrotu w ich stosunku do idei demokracji i niezależności narodu, to trudno oczekiwać, że wyznawana przez nich ideologia ulegnie szybkiej i gruntownej przemianie.
Jak widać „reformy”, od kilkunastu lat tak usilnie sugerowane Bliskiemu Wschodowi przez Zachód, nie prowadzą wcale prostą drogą od liberalizacji ekonomicznej, poprzez modernizację i sekularyzację – do demokracji. Wręcz przeciwnie, udowodniły one jedynie, że nie musi istnieć żaden bezpośredni związek między tymi poszczególnymi etapami.
Czym można wyjaśnić paradoksalną atrakcyjność współczesnej formy fundamentalizmu religijnego w oczach wielu wykształconych ludzi? Po części wynika ona z faktu, że fundamentalizm potrafi połączyć dwa pierwiastki: dumę z przynależności kulturowej oraz tożsamość religijną. Przez wiele lat reżimy oddawały domenę kulturalną w ręce konserwatywnych duchownych w przekonaniu, że ułatwi to kontrolę nad społeczeństwem.
Kolejne ciosy, które uderzały w arabski nacjonalizm: klęska 1967 r., współpraca ważnych państw regionu z Izraelem i wreszcie inwazja i zniszczenie Iraku, pozwoliły duchownym wykorzystać niesławę, jaka okryła rządzące reżimy, i wziąć na siebie rolę obrońcy kultury arabskiej. W ten sposób zrodziła się niepokojąco silna hybryda. Język arabski posiada wprawdzie długą historię i imponujący dorobek, na który składają się liczne i różnorodne dzieła, dziś jednak wykształceni i znający języki obce Arabowie – wobec braku dobrych tłumaczeń – częściej piszą w języku angielskim lub francuskim niż po arabsku. Posługując się tymi językami, są laikami. Młodzi próbują wyłapać jak najwięcej z zalewających ich zewsząd kultur całego świata, przetwarzając to – tak na ulicy, jak i w Internecie – we właściwą regionowi mieszankę. Ściągając filmiki z YouTube, są laikami. W tym samym czasie, fanatycy religijni mobilizują siły, by walczyć z „profanowaniem” języka arabskiego.
Wywierany przez nich nacisk przynosi skutki odwrotne od oczekiwanych i osłabia pozycję arabskiego w świecie. Pogłębia jedynie rozdźwięk między kulturą arabską a żywą kulturą Zachodu i Orientu i utwierdza w przekonaniu o kryzysie arabskiej nauki. Tymczasem potrzeba czegoś odwrotnego: by arabscy intelektualiści, artyści, ale także zwykli ludzie posługiwali się jak najczęściej „świeckimi” formami ekspresji, korzystając z bogatych możliwości, jakie oferuje język arabski.
Również na płaszczyźnie religijnej ten religijno-kulturowy melanż przynosi negatywne skutki. Atrakcyjność islamu bierze się po części z jego statusu ostatniej wielkiej religii objawionej, która wskazując drogę do zbawienia, zawiera również pewne elementy ideologii świeckiej, zarówno prawicowej, jak i lewicowej. Jest antyindywidualistyczna, antykonsumpcyjna i ściśle związana z życiem wspólnoty. Biorąc pod uwagę doktrynę społeczną, islam – w zależności od interpretacji – może być bardzo konserwatywny, silnie zhierarchizowany i przywiązany do tradycyjnego porządku. Przesłanie islamu skierowane jest do całego świata, zatem każda próba powiązania tej religii z jedną szczególną kulturą (arabską) ograniczyć musi jej uniwersalizm i sprowadzić do roli kulturalizmu. Przejawy takiego podejścia do islamu znajdziemy w krytykach Al-Kaidy pod adresem „Persów” oraz ulemów – pod adresem „Turków”.
Mitologia narodowa
Wiele reżimów arabskich opiera swoją prawomocność na niemal zmitologizowanych epopejach narodowych, w których jawią się jako wyzwoliciele spod obcej okupacji i obrońcy narodu, czy też obrońcy wiary. Historie te zawierają w sobie ziarno prawdy – wiele partii czy rodów rządzących rzeczywiście odegrało bohaterską rolę w walce o wyzwolenie i przyczyniło się do powstania niepodległego państwa. Owe „jednoczące” mitologie tworzą fałszywe poczucie więzi między reżimem a społeczeństwem i nierzadko cieszą się wsparciem miejscowych intelektualistów, którzy próbują konsolidować obywateli i uciszać głosy sprzeciwu.
W narodowych wizjach nie brak jednak „wielkich nieobecnych”. Na gruncie egipskim będą to Koptowie, w Maroku i Algierii – Berberowie, a w przypadku innych krajów – Kurdowie bądź szyici. Odgórnie narzucana homogenizacja rozbija się zatem o realne napięcia wewnątrzspołeczne, a przywódcy w istocie obawiają się własnych narodów, co sprawia, że odrzucają wszelką myśl o politycznym otwarciu. Pewne formy autorytaryzmu nabierają zabarwienia populistycznego, a niektóre posuwają się do wynoszenia narodu na piedestał. Jednak pod tą ojcowską pozą w rzeczywistości kryje się fakt, że władze i elity lekceważą naród, który – w ich przekonaniu – zawdzięcza im niezależność i wszystko, co udało mu się osiągnąć.
W ciągu ostatnich 20 lat, te jednoczące państwowe ideologie znacznie straciły na sile. Autorytarne państwo musi dziś stawiać czoło całemu szeregowi nowych grup, które mają własne i szczególne powody do niezadowolenia. Nie można ich wszystkich przekupić czy zmusić do milczenia. Jednocześnie te grupy niezadowolenia społecznego są do siebie nawzajem nieufnie nastawione. Walczący o swoje prawa robotnicy domagają się innych zmian, niż te, które uznają za konieczne konserwatywni, biedni chłopi. Lokalni drobni przedsiębiorcy nie zawsze będą w stanie należycie ocenić szerzej zakrojone projekty biznesmenów, zakorzenione w strukturach międzynarodowych organizacji finansowych. Na te poważne podziały nakłada się jeszcze strach przed islamskim radykalizmem, podzielany niekiedy nawet przez samych fundamentalistów.
Autorytarne reżimy potrafią w doskonały sposób wygrywać dla siebie rozłamy i podziały w społeczeństwach. Państwo odchodzi dziś od swojego wizerunku światłego i surowego przewodnika kierującego niewykształconym pospólstwem, a staje się raczej obrońcą „umiarkowanych” przed zagrożeniem ze strony „ekstremistów”.
Sprzeczności te doskonale ilustruje przykład egipski. W ramach nowego neoliberalnego programu gospodarczego rząd odwołuje zdobycze reformy rolnej przeprowadzonej przez Nasera, odbierając ziemie ich aktualnym właścicielom (czyli rolnikom, którzy dawniej dzierżawili pola za część plonów) i oddając obszarnikom. Ta „reforma” miała być wprowadzana stopniowo, tak aby dać rolnikom szansę na dostosowanie się do nowej sytuacji. Skończyło się jednak tym, że obszarnicy przekupili policję, aby wypędzić rolników z ich pól.[4] W tej sytuacji rolnicy zjednoczyli się, próbując przeciwstawić się wypędzaniu ich z ziemi i można było się spodziewać, że do ich ruchu przyłączą się integryści islamscy. Ponieważ jednak w tej kwestii popierają oni politykę Hosniego Mubaraka i potępiają reformę naserowską jako komunistyczną, woleli pozostać na uboczu. W ten sposób zniweczona została nadzieja na utworzenie silnego i liczącego się ruchu społecznego oporu.
Zarządzanie konfliktami i wojna z terroryzmem
Scenariusz „ekstremiści kontra umiarkowani” jest bardzo przydatny i daje reżimom znacznie większą swobodę działania. Nie ma już potrzeby, by w ewidentny sposób fałszować wyniki wyborów. Większości partii opozycyjnych można pozwolić wziąć w nich udział. Partia rządząca może nawet zadowolić się 60 czy 70% głosów, rezygnując z tradycyjnych 90%. Media (a zwłaszcza prasa) mają znacznie większą swobodę wypowiedzi, a wiele ograniczeń zostało złagodzonych, choć granica, za którą nie wolno się posunąć nadal jest wyraźnie wyznaczona. Nie ma już potrzeby więzić przez długie lata tak wielu osób – z wyjątkiem „ekstremistów”, oczywiście. Państwo dokłada wszelkich starań: tworzy swoje własne media, własne organizacje pozarządowe i własne pozory społeczeństwa obywatelskiego.
Mamy tu do czynienia ze starannie wyreżyserowaną, częściową racjonalizacją porządku publicznego. Totalitarne państwo nie zostało przeobrażone przez proces demokratyzacji, przywłaszczyło sobie jedynie jej atrybuty.
Zmiany te powodowane są przede wszystkim przez czynniki geopolityczne. Bliski Wschód stał się ważnym elementem światowej polityki jeszcze w 1945 r., gdy amerykański prezydent Franklin D. Roosevelt podpisał z saudyjskim królem Abd al-Azizem ibn Saudem umowę o dostawach ropy. Potem kolejno była wojna 1967 r., Egipt i Jordania zaangażowały się w plan utworzenia państwa palestyńskiego obok państwa żydowskiego, wiele krajów arabskich (łącznie z Syrią) weszło w sojusz ze Stanami Zjednoczonymi walczącymi w 1991 r. o wyzwolenie Kuwejtu, wreszcie, przez całe lata 90. kraje arabskie otrzymywały liczne sugestie i zachęty, aby liberalizować życie polityczne i wprowadzać neoliberalne zasady gospodarcze.
Jednak od 2001 r. administracja George’a W. Busha opowiedziała się za nową wizją stosunków z Bliskim Wschodem. Priorytetem Stanów Zjednoczonych miała być odtąd nie stabilizacja regionu, lecz jego demokratyzacja wprowadzana – jeśli sytuacja będzie tego wymagać – nawet przy użyciu siły. To odejście od ustalonych zasad przestraszyło niejednego arabskiego przywódcę, lecz szybko zorientowali się oni, o co w tej rozgrywce chodzi. Ów demokratyzacyjny zapał nie był niczym więcej jak tylko płaszczykiem, pod którym krył się program mający zagwarantować interesy Stanów Zjednoczonych i Izraela. Lokalne reżimy szybko nauczyły się odczytywać sprzeczne nierzadko komunikaty płynące z Waszyngtonu i zrozumiały, co należy robić, by odzyskać jego zaufanie. Wystarczyło wprowadzić pozory demokracji, włączyć się w „światową wojnę z terroryzmem” i nie protestować zbyt głośno przeciwko hegemonii Stanów Zjednoczonych i interesom Izraela. Reżimy prowadziły podwójną grę, zapewniając społeczeństwo, że przeciwne są jakiejkolwiek obcej ingerencji w wewnętrzne sprawy kraju, a jednocześnie pomagając Waszyngtonowi zatrzymywać fundamentalistów islamskich i torturować nielegalnie przetrzymywane podejrzane osoby oraz tłumić opór przeciwko amerykańskim dążeniom do „przebudowania” regionu.
Przeniesienie walki w wymiar międzynarodowy – po jednej stronie stoi państwo pozostające pod czujnym okiem Stanów Zjednoczonych, po drugiej zaś zwolennicy dżihadu odwołujący się do Al-Kaidy – zdeprecjonowało zaangażowanie polityczne o zasięgu lokalnym i zniechęciło jego miejscowych uczestników. Podobnie jak globalizacja podkopuje gospodarcze możliwości państwa i zmusza wielu obywateli do poszukiwania szczęścia i stabilizacji materialnej zagranicą, tak międzynarodowa skala „wojny z terroryzmem” skłania jej bojowników do podejmowania walki na odległych frontach. Aby uciec od panującej w kraju beznadziei, wyjeżdża się pracować do Francji… albo walczyć do Iraku. Wiele spektakularnych akcji w ramach dżihadu przeprowadzili bojownicy pochodzący z relatywnie spokojnych regionów nie dotkniętych żadnymi ostrymi konfliktami (jak np. Maroko).
Frustracja społeczna pociąga za sobą dwa rodzaje odpolitycznienia: wycofanie lub radykalizację. Sytuację tę doskonale ilustruje przykład algierski. Najpierw był dążący do zreformowania państwa Islamski Front Ocalenia (FIS – Front islamique du salut), potem Islamska Grupa Zbrojna (GIA – Groupe islamique armée), która chciała obalić system, a później jeszcze bardziej radykalna Salaficka Grupa Modlitwy i Walki (GSPC – Groupe salafiste pour la prédication et le combat), przemianowana następnie w Al-Kaidę w Maghrebie, która utożsamiła państwo z herezją. W ten sposób ci, którym nie udaje się wyjechać, prowadzą działalność na własnym gruncie, odwołując się przy tym do ogólnoświatowej organizacji, nawet jeśli związek z nią jest bardzo luźny. Dzięki temu zjawisku Al-Kaida może być obecna wszędzie na świecie, a każdy może działać pod jej szyldem. Natomiast każdy muzułmanin, który otwarcie wyraża swoje niezadowolenie, może być podejrzewany o terroryzm. Tym sposobem „wojna z terroryzmem” wkracza w najbardziej zapadłe zaułki.
Musimy jednak nauczyć się rozróżniać rzeczywistość od propagandy. Bez wątpienia nie brak na świecie nieobliczalnych ludzi, którzy gotowi są zabijać i zginąć w imię swoich ideałów, a część z nich wyznaje fundamentalistyczną ideologię islamską. Jednak „wojna z terroryzmem” stworzyła całą machinę terroru i wywołuje nieproporcjonalne do rzeczywistego zagrożenia obawy i lęki. Według danych Europolu w 2006 r. doszło w Europie do 500 aktów terrorystycznych, z których tylko jeden przypisać można fundamentalistom islamskim (był on zresztą nieudany).[5]
Przeprowadzona niedawno w Stanach Zjednoczonych próba Systemu Bezpieczeństwa Transportu wykazała, że w 6 na 10 przypadków udało się ominąć czujność pracowników ochrony lotniska i przemycić na pokład fałszywy ładunek wybuchowy (3-krotnie podczas 4 prób na lotnisku w Los Angeles).[6] Mimo tak nieszczelnego systemu kontroli, od 2001 r. nie było w USA ani jednego zamachu terrorystycznego. Gdyby rzeczywiście istniały tu setki ukrytych komórek Al-Kaidy, wykorzystałyby z pewnością tak sprzyjającą sytuację.
Poza regionami, gdzie toczy się walka, islamski terroryzm jest rzadkością. Natomiast na terenach objętych wojną to obca interwencja skłoniła do podjęcia walki przy użyciu metod terrorystycznych i sprzyja powstawaniu nieokreślonych bliżej organizacji, które inspirują się akcjami Al-Kaidy. Żadne pieniądze, broń czy represje nie zdołają powstrzymać zdecydowanego na śmierć zamachowca-samobójcy. Zagrożeniu występującemu poza terenami objętymi wojną można skutecznie przeciwdziałać, czego służby wywiadowcze i policja dowiodły już kilkakrotnie. Akty terrorystyczne powinny być traktowane raczej jako przestępstwo kryminalne, nie zaś jako przeniesiony na grunt polityczny „dżihad”.
A jednak ów terroryzm w znacznym stopniu rządzi stosunkami Bliskiego Wschodu z Zachodem. Od zachodnich fundacji i organizacji napływają pieniądze, poparcie i rozgłos medialny dla wszystkich tych, którzy bohatersko dzierżą sztandar „wojny z terroryzmem”. Nie poprawia to wcale sytuacji bezpieczeństwa, a jedynie wzmaga obawy i pozwala rozbudowywać mechanizmy kontroli, które z kolei umacniają systemy autorytarne. Strach przed terroryzmem pojawił się w samą porę, by zastąpić nacjonalistyczne pozory wykorzystywane dotąd jako wygodny pretekst do odkładania demokratycznych reform na bliżej nieokreśloną przeszłość.
Kryzys demokracji
Wszędzie na świecie demokracja, nie będąc w stanie wywiązać się ze swoich obietnic, przeżywa niewątpliwy kryzys.[7] Na Bliskim Wschodzie zdyskredytowała się jeszcze zanim w ogóle zaistniała. Arabska opinia publiczna utożsamia demokrację z hipokryzją represyjnych reżimów, neokonserwatywną ideologią, która dopuszcza „prewencyjne” ataki i – szerzej – obcą ingerencją w wewnętrzne sprawy państwa. Ten brak zaufania odnosi się również do organizacji pozarządowych. Niektóre z nich poddały się komercji i tym samym oderwały od spraw lokalnych. Ich program i perspektywy uzależnione zostały od Zachodu, który je subwencjonuje, a zaangażowanie w walkę o sprawy regionu zastąpiło dążenie do kariery. A nawet jeśli rzetelnie wykonują swoją pracę, jak np. Centrum Cartera, które wysłało obserwatorów na wybory w 2006 r. do Palestyny, ich raporty są ignorowane przez „społeczność międzynarodową”. Ta bowiem wolała ukarać Palestyńczyków za głosy oddane na Hamas, co w konsekwencji doprowadziło do katastrofy: półtora miliona ludzi uwięzionych jest w Strefie Gazy, nie mając nawet wystarczającej ilości żywności.
Niewielkie są dziś nadzieje na demokratyzację Bliskiego Wschodu. Tradycyjni orędownicy zmian (związki zawodowe, aktywiści polityczni, studenci) są dziś słabsi niż kiedykolwiek wcześniej. Nowi aktorzy na regionalnej scenie politycznej: mniejszości etniczne czy językowe, niezależni dziennikarze i intelektualiści nie potrafili jak dotąd zjednoczyć sił, aby wymóc złagodzenie zakorzenionej tu od wielu lat polityki autorytarnej.
Nie jesteśmy w stanie przewidzieć, w co przekształcą się w przyszłości powstające dziś licznie grupy oporu. Egipscy i pakistańscy urzędnicy sądowi i prawnicy odważnie sprzeciwiają się zamachom na niezależność systemu sądowego. W Maroku i Algierii dziennikarze głośno domagają się wolności prasy. W całym świecie islamskim młodzi teolodzy odsłaniają ciągle nowe więzy łączące islam, demokratyzację i modernizację.
Autorytarne państwo potrafi radzić sobie ze zmianami, nie jest jednak idealną i nienaruszalną machiną. Przestrzeń, którą utworzyło, aby realizować swoje własne cele, stanowi dziś otwarte pole manewrów politycznych. Gdy pojawi się pierwszy wyłom, można spodziewać się wszystkiego. Większość demokratycznych przemian, które miały miejsce na całym świecie od początku XXI w., zachodziła w „zhybrydyzowanych” państwach autorytarnych.[8]
Aby przyspieszyć zmiany, należy przyswoić sobie postępowe idee i przywrócić ludziom wiarę we wspólny cel, który zawrze w sobie zarówno treści narodowe, jak i religijne, nie ograniczy się jednak jedynie do nich. Potrzeba projektu, który będzie odpowiedzią na najbardziej palące potrzeby ludzi, a jednocześnie stanowić będzie część szerszego programu zaprowadzenia pokoju i demokracji. Z wdzięcznością przyjmiemy pomoc Stanów Zjednoczonych i Europy, jednak jeśli Zachód naprawdę chce promować demokrację na Bliskim Wschodzie, powinien zacząć od rozwiązania najpilniejszych kwestii na szczeblu lokalnym. Na nic się nie zda mówienie o demokracji, jeżeli dyskurs ten będzie jedynie narzędziem rozgrywek geopolitycznych i jeśli nie skoncentruje się on na współpracy z miejscowymi ruchami postępowymi.
Patrząc w przyszłość, ludzie potrzebują widzieć jasną i wyraźną perspektywę. Muszą wiedzieć, ku czemu zmierzają. Tu otwiera się pole do działania dla zwolenników zmian. Bez względu na to, jakiego języka użyją, by do nich przekonać, to jedyna droga ku wprowadzeniu systemu politycznego, który będzie demokratyczny nie tylko pod względem formy, ale również treści.
Hiszam Ben Abdallah El Alawi - autor jest stypendystą Center on Democracy, Development and the Rule of Law (Stanford) i kuzynem marokańskiego króla Muhammada VI. Artykuł zainspirowany został konferencją, która odbyła się 11 marca w Radzie Stosunków Międzynarodowych w Montrealu.
Tłum. Ewa Cylwik
[1] Pojęcie „fali demokratyzacji” pojawiło się po raz pierwszy w książce Samuela Huntingtona, The Third Wave: Democratization in the Late Twentieth Century, University of Oklahoma Press, 1991.
[2] Patrz: Guillermo O’Donnell i Philippe C. Schmitter, Transitions from Authoritarian Rule: Tentative Conclusions about Uncertain Democracies, John Hopkins University Press, Baltimore 1986.
[3] Patrz: Shana Cohen, Searching for a Different Future: The Rise of Global Middle Class in Morocco, Duke University Press, Durham 2004.
[4] Patrz: Beszir Sakr i Fanżof Tarcir, „Powrót do dawnego porządku społecznego na egipskiej wsi”, Le Monde diplomatique edycja polska, listopad 2007.
[5] „500 Terror Attacks in EU in 2006 – But Only 1 by Islamists”, Der Spiegel, 11 kwietnia 2007 (http://www.spiegel.de/international/europe/0,1518,476599,00.html).
[6] Thomas Frank, „Most fake bombs missed by screeners”, USA Today, 17 października 2007 (http://www.usatoday.com/news/nation/2007-10-17-airport-security_N.htm).
[7] Na temat regresji demokracji czytaj: Larry Diamond, „The Democratic Rollback: The Resurgence of Predatory State”, Foreign Affairs, Nowy Jork, marzec-kwiecień, 2008.
[8] Patrz: Steven Levitsky i Lucan Way, „The Rise of competitive Authoritarianism”, Journal of Democracy, The Johns Hopkins University Press, t. 13, nr 2, kwiecień 2002, s. 51-65.
